-Wstaaajemyyyy!!!! - Ryknełam na cały pokój.
- Rzym znów na nas czeka! "Pobudka wstać, koniom wody dać!" - zanuciłam piosenkę, którą mama i babcia budziła mnie co rano do szkoły.
Wzięłam się za śniadanie, bo to włoskie, zupełnie mnie masakrowało. Rogaliki na słodko, ciasto i dżem, to nie moje klimaty. Pomimo cudowności przynoszenia nam codzienie do łożka tacy z włoskimi słodkościami, przeżywałam męki, ponieważ nie lubię słodyczy poza włoskimi lodami fragola. Czyli truskawkowymi! Ale jednym pociągnięciem ręki wydobyłam spod łożka pecorino, włoską , dojrzałą szynkę, wyborne oliwki i wino! Śniadanie kochanie! Pokroiłam ser, owinęłam plastrami aromatycznej wędliny. Zagryzaliśmy oliwkami popijając dwoma łykami wina. Nie więcej! Przed nami kilometry pieszo i upał. Kiedy wyszłam na ulicę była 6.30. Rzym był inny. Powolny, mozolny, bardziej wyciszony. Do cafeterii co chwilę wchodzili przechodnie i brali na wynos podwójne espresso.
- Kawy mężu- jęknęłam- Kawy...
Minęłam Santa Maria Maggiore. W małej uliczce po prawej stronie krzątała się przy stolikach kobieta o wyjątkowych rysach twarzy. Kiedy ją mijaliśmy obdarzyła nas promiennym uśmiechem.
- Tutaj.
- Co tutaj?- zapytał.
- Tutaj dadzą nam dobrą kawę, czuję to.- I usiedliśmy w przydrożnym barze, gdzie Włoszka o twarzy Św. Madonny, przemykała między stolikami, niczym elf. On espresso, ja capuccino. Barman z pianki zrobił mi serduszko. Madonna podała kawę, opromieniając nas serdecznym uśmiechem. Była 6.40 i chciało jej się! Kawa zapachniała, smak doprowadził do obłędu.
To był dzień zwiedzania starożytnego Rzymu. Koloseum, Forum Romanum, Palatyn. Duzo myśli, dużo odczuć, wzruszenia.
Taki obraz mi utkwił w głowie. Idąc już chyba 15 kilometr w piekielnym upale w Palatynie, zobaczyłam ruiny domu. Kawałek posadzki, ścian... Podłoga zapadła się w ziemię na głębokość dwóch metrów. Przykucnęłam. Na fragmentach kamieni rosła wysoka trawa i maki. Zobaczyłam jakiś ciemny kawałek skóry w trawie. Weszłam do dołu, żeby zobaczyć co to jest. POdniosłam. To była podeszwa. Maleńka. Wytarta i cienka jak pergamin. Czarna i sucha. Fragment bucika dziecka. Poparzyłąm na ruiny i pomyślałam, że tyle z nas zostaje. Dziura w ziemi i dziurawa podeszwa. Przeminęi, wyrosły na nich maki. A trawy szumią ich dzieciom do snu. Łzy same popłynęły, nie było ich widać, bo słońce natychmiast zamieniało je w parę, która biegła ku chmurom. Odłożyłam podeszwę małego bucika na swoje miejsce. Maki kołysły się w rytm gorącego wiatru...
Panie Janie! Niech Pan wstanie! Zaraz nastąpi odkrycie ... dziury w daniu! tego nie można przegapić;)
OdpowiedzUsuńPOstaram się trochę podziurawić wieczorem :)
OdpowiedzUsuńUMMM.....poczulam zapach i smak tej kawy:)
OdpowiedzUsuńMaga... ;)
OdpowiedzUsuń