Dla wszystkich, którzy walczą z melancholią stworzono tartę z gruszkami. Francuz, który ją wymyślił przelał w nią wiele miłości. Jak spróbujecie, będzie wiedzieli o co mi chodzi. Więc może dziś, przy niedzieli zrobicie tartę do popołudniowej kawki?
Potrzebujemy:
4 niezaduże gruszki ( Uwaga! Mogą być jabłka zamiast gruszek)
Szklanki białego wytrawnego wina
1/2 szklanki miodu
szklanki wody
1 korę cynamonu
1/2 laski wanilii
2-3 goździki (gwoździki)
1/4 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
2/3 szklanki śmietany min. 18 % procent
3 duże jaja
Skórkę z jednej cytryny
2,3 łyżki soku z cytryny
łyżkę cukru brązowego
Na kruche ciasto:
1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
2 łyżki cukru
jedą kostkę masła
1 jajo rozmącone z jedną łyżką wody
malutka szczypta soli
Uwaga! Cytrynę dokładnie wyszorować pod bieżącą wodą, bo ich skórki są pryskane i woskowane.
Przygotowujemy najpierw ciasto, ponieważ będziemy musieli chłodzić je w lodówce 3 godziny. Jeżeli macie mikser, malakser lub blender to użyjcie go, bo będzie szybciej. Więc do naczynia od robta kuchennego wsypujemy mąkę, dodajemy cukier i sól i kilka sekund mieszamy wszystko mikserem. To po to, by napowietrzyć mąkę. Dodajemy teraz pokrojone w kawałki masło i znów kilkanaście sekund miksujemy. Na koniec rozmącone z wodą jajo. Miksujemy teraz tak długo, aż ciasto zrobi się kulką. Chodzi po prostu o to, by było elastyczne i bez grudek. Będzie się kleić do rąk, ale to przez dużą ilość masła. NIe martwcie się tym. Kiedy ciasto jest gotowe opruszamy je lekko mąką ze wszystkich stron i zawijamy w folię aluminiową. Wkładamy na minimum 3 godziny do lodówki. Jeżeli macie więcej czasu to dla ciasta będzie lepiej, kiedy włożymy je na całą noc do lodówki, a jeśli nie, to nic. Po trzech godzinach chłodzenia też wyjdzie.
Kiedy ciasto jest na Alasce zabieramy się za serce tarty. Bierzemy średniej wielkości garnek. łączymy kolejno składniki, wrzucająćc je do rondla: startą skórkę z cytryny, wodę, wino, miód, goździki, cukier, startą korę cynamonu, rozciętą i oskrobaną z nasionek wanilię, sok z cytryny i gruszki - obrane ze skórki z wyciętymi gniazdami nasiennymi. Każda pokrojona na cztery części. Gruszki gotujemy w syropie tak długo, aż widelec miękko będzie w nie wchodził.
Kiedy ciasto jest już schłodzone wyciągamy je, przez 20 minut ogrzewamy w temp. pokojowej i dzielimy nożem na dwie równe połówki. Na opruszonej mąką stolnicy wałkujemy w koło lub prostokąt ( kształt dostosowujemy w zależności od foremki do pieczenia). Forma okągła nie powinna mieć średnicy większej niż 1 cm ). Wałkujemy najpierw jeden kawałek ciasta ( na dno), potem drugi ( do przykrycia). Wykładamy płatem ciasta dno foremki, tak, aby krawędzie ciasta,wystawały ponad nią ( końcami połączymy dwie części ciasta). Nakłuwamy ciasto widelcem. Układamy gruszki w gwiazdę, czyli wzdłuż promienia koła, zgodnie ze wskazówkami zegara. W naczyniu do miksera mieszamy teraz pzostałe składniki: śmietanę, 3 jaja, 1/4 szklanki syropu z owoców i gałkę muszkatołową. Ostrożnie zalewamy miksturą gruszki poukładane na cieście. Teraz na wierzch kładziemy drugą część ciasta i zlepiamy końce spodu i wierzchu tarty. Nakłuwamy delikatnie widelcem. Dość gęsto, bo inacze ciasto pęknie w czasie pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 190 stopni na około 35 minut. Tarta jest gotowa, kiedy jej wierzch stanie się złoty. W czasie pieczenia tarty podgrzewamy znowu syrop, który został nam z gruszek. Tak długo, aż płyny odparują a na dnie bedzie gęsty syrop. Wtedy zlewamy go do miseczki i schładzamy. Upieczoną tartę, studzimy wyciągamy z foremki. Podaną już na talerzyku polewamy syropem. I już, gotowe. Może trochę się trzeba przy niej narobić, ale ta tarta grzechu jest warta. Z całego serca życzę Wam smacznego!
Butterfly i prośba do czytelników
To kulinarna podróż przez smaki świata, w poszukiwaniu smaku doskonałego. Każdego dnia będę coś gotować dla siebie i dla Was. Może wspólnie odnajdziemy harmonię zmysłów. Zupy,sery,mięsa,wędliny,owoce,morza,sałatki,chleb,makarony,pizza,desery. Mniam! Afrodyta powstała z morskiej piany... Butterfly z mojej wanny pełnej jabłek. Leć, leć motylku do ludzi. Przynieś im radość i uśmiech. Wrzuć im do garnka garstkę szczęścia i natkę spokoju. Leć, leć mój malutki.
Wszelkie prawa autorskie są zastrzeżone dla autora bloga. Opublikowane fragmenty powieści pod roboczym tytułem "Gniew Aniołow" są również własnością autora bloga i zostały przez niego napisane, według dat publikacji. Za uszanowanie zasad tej strony dziekuję :)
autor: Izabela Sikorska
autor: Izabela Sikorska
niedziela, 29 listopada 2009
sobota, 28 listopada 2009
piątek, 27 listopada 2009
Grzaniec wrocławski
Zbliżają się Andrzejki, więc podam jakiś miły przepis na małe, rozgrzewające co nieco.
Potrzebujemy:
Kory cynamonu ( startego na tarce, jedna płaska łyżeczka)
pół laski wanilii
gałkę muszkatołową - 1/3 łyżeczki
zmielony imbir- 1/3 łyżeczki
cukier trzcinowy, brązowy ( ja używam wie łyżki od zupy na 700 ml wina. Kto lubi słodsze, niech posłodzi według własnego smaku)
szczypta pieprzu ( nieduża)
Wino czerwone, wytwawne lub pół wytrawne
pół dużej pomarańczy pokrojonej najpierw w plasterki a potem w ósemki
limonka ( kilka plasterków + trochę startej skórki)
Wino rozgrzewamy w garnku i dodajemy kolejno przyprawy. Wanilię rozcinamy wdłuż i nożykiem wyciągamy ze środka nasionka. Wrzucamy teraz laskę i nasiona do wina. Na koniec wrzucamy cukier i maleńką szczyptę pieprzu czarnego oraz owoce: limonkę i pomarańczę. Doprowadzamy prawie do wrzenia, czyli kiedy pojawią się pierwsze bąbelki w płynie, ściągamy z ognia. Gorące wino nalewamy do kubeczków, lub wysokich szklanek, przybierając wierzch naczynia plasterkiem limonki i pomarańczy. Miłe zakończenie chłodnego wieczoru.
Potrzebujemy:
Kory cynamonu ( startego na tarce, jedna płaska łyżeczka)
pół laski wanilii
gałkę muszkatołową - 1/3 łyżeczki
zmielony imbir- 1/3 łyżeczki
cukier trzcinowy, brązowy ( ja używam wie łyżki od zupy na 700 ml wina. Kto lubi słodsze, niech posłodzi według własnego smaku)
szczypta pieprzu ( nieduża)
Wino czerwone, wytwawne lub pół wytrawne
pół dużej pomarańczy pokrojonej najpierw w plasterki a potem w ósemki
limonka ( kilka plasterków + trochę startej skórki)
Wino rozgrzewamy w garnku i dodajemy kolejno przyprawy. Wanilię rozcinamy wdłuż i nożykiem wyciągamy ze środka nasionka. Wrzucamy teraz laskę i nasiona do wina. Na koniec wrzucamy cukier i maleńką szczyptę pieprzu czarnego oraz owoce: limonkę i pomarańczę. Doprowadzamy prawie do wrzenia, czyli kiedy pojawią się pierwsze bąbelki w płynie, ściągamy z ognia. Gorące wino nalewamy do kubeczków, lub wysokich szklanek, przybierając wierzch naczynia plasterkiem limonki i pomarańczy. Miłe zakończenie chłodnego wieczoru.
Hala Targowa i swojska kiełbasa
Etykiety:
Hala Targowa Wrocław
Wrocławska Hala Targowa. Przychodzę tam od dziecka i do dziś jest to moje ulubione miejsce zakupów.
Ten wspaniały, neogotycki budynek we Wrocławiu został wybudowany według projektu Richarda Plüddemanna w latach 1906-08. W owym czasie oczywiście było to miasto Breslau. Nasze targowisko mieści się przy ul. Piaskowej, dawniej Sandstraße. Zanim powstała Hala, targ odbywał się na dzisiejszym pl. Nowy Targ. Wracając do wspólczesności przechadzałam się dziś między straganami podziwiając przepiękne barwy warzyw i owoców. Byłam mile zaskoczona, że u progu grudnia są w sprzedaży jeszcze podgrzybki i zielonki, zwane też gąskami. Miło robi się tam zakupy, bo sprzedawcy bardzo dużo uwagi poświęcają klientowi. Doradzą, pomogą. Prawdziwy cel mojej wizyty w Hali to jednak nie grzyby i nie warzywa. Pojechałam tam, bo zamierzam zrobić domowym sposobem szynkę i swojską kiełbasę. Mój tato wydobył w ubiegłym tygodniu po ponad trzydziestu latach domowej produkcji wędzarnię. Sam ją zbudował w czasie stanu wojennego. Wiadomo, kiedy pólki sklepowe były puste, trzeba było radzić sobie samemu. Więc wędziliśmy sami... Szyneczki, kiełbaski, no normalnie tak prawie w centrum Wrocławia. Takie to były czasy. Czemu więc nie powrócić do tradycyjnej metody wyrobu wędlin, tym bardziej, że pozbawione wielu ulepszaczy, będą zdrowsze dla moich maluchów kochanych. Przepis oczywiście pojawi się wkrótce.
Ten wspaniały, neogotycki budynek we Wrocławiu został wybudowany według projektu Richarda Plüddemanna w latach 1906-08. W owym czasie oczywiście było to miasto Breslau. Nasze targowisko mieści się przy ul. Piaskowej, dawniej Sandstraße. Zanim powstała Hala, targ odbywał się na dzisiejszym pl. Nowy Targ. Wracając do wspólczesności przechadzałam się dziś między straganami podziwiając przepiękne barwy warzyw i owoców. Byłam mile zaskoczona, że u progu grudnia są w sprzedaży jeszcze podgrzybki i zielonki, zwane też gąskami. Miło robi się tam zakupy, bo sprzedawcy bardzo dużo uwagi poświęcają klientowi. Doradzą, pomogą. Prawdziwy cel mojej wizyty w Hali to jednak nie grzyby i nie warzywa. Pojechałam tam, bo zamierzam zrobić domowym sposobem szynkę i swojską kiełbasę. Mój tato wydobył w ubiegłym tygodniu po ponad trzydziestu latach domowej produkcji wędzarnię. Sam ją zbudował w czasie stanu wojennego. Wiadomo, kiedy pólki sklepowe były puste, trzeba było radzić sobie samemu. Więc wędziliśmy sami... Szyneczki, kiełbaski, no normalnie tak prawie w centrum Wrocławia. Takie to były czasy. Czemu więc nie powrócić do tradycyjnej metody wyrobu wędlin, tym bardziej, że pozbawione wielu ulepszaczy, będą zdrowsze dla moich maluchów kochanych. Przepis oczywiście pojawi się wkrótce.
środa, 25 listopada 2009
boeuf bourguignon – wołowina po burgundzku podawana z puree
SKŁADNIKI:
Około 1 kg wołowiny, najlepiej pieczeni, ligawy lub rostbef
20 dkg surowego, wędzonego boczku
4 ząbki czosnku
1 duża marchew
1 por
1 duża cebula
4 duże pomidory
10-14 pieczarek ( w zależności od wielkości kapelusza)
10-14 cebulek perłowych lub kilka szalotek
1 bouquet garni:
2 gałązki świeżej pietruszki
2 gałązki świeżego tymianku
2-3 liście laurowe
1 łodyga selera naciowego
Wszystkie zioła związujemy razem lub wkładamy do specjalnego woreczka z gazy.
500 ml wywaru wołowego
350 ml czerwonego wina wytrawnego
Tłuszcze: masło, oliwa z oliwek lub olej słonecznikowy
Najpierw posiekam wszystko, aby mieć gotowe składniki. Kroję więc w kostkę boczek, marchewkę, cebulę ( tę zwykłą, nie perłową), czosnek,. Z pora biorę jego białą i jasno-zieloną część. Ciemno- zielone liście chowam do lodówki. Przydadzą się do zupy. Siekam por.
Wołowinę oczyszczam najpierw z błon i ścięgien. Dzięki temu będzie bardziej miękka. Jednak nie wyrzucam błon z kawałkami mięsa. Wkładam je do garnka i zalewam wodą w ilości 600 mililitrów. Otrzymam z tego wywar wołowy, potrzebny do dania. Zalewam większą ilością wody, bo część wyparuje. Jeśli jest zbyt mało wołowiny na wywar, można dodać tańszą wołowinę np.: pręgę. Pamiętajcie również, że wywar należy przygotować zanim zabierzemy się za danie główne. Smaczny bulion wołowy potrzebuje co najmniej 2 godzin na gotowanie. Wołowinę kroję w kostkę, wielkość nie gra znaczenia, aby kawałki nie były zbyt duże. Może być dwa centymetry na dwa, albo jak sami wolicie.
Kiedy mamy już bulion i wszystko pokrojone możemy przystąpić do robienia słynnego gulaszu.
W głębokiej patelni lub garnku roztapiamy trzy łyżki oleju i łyżkę masła. Do tego wrzucamy boczek i wytapiamy z niego tłuszcz. Kiedy boczek jest już rumiany odcedzamy go i przekładamy do miseczki. Teraz trzeba obsmażyć wołowinę. Wkładamy ją partiami, nie całą na raz, bo nie obsmaży się równomiernie. Więc najpierw jedną porcję rumienimy ze wszystkich stron, wyciągamy do miski i nakładamy następną. Kiedy cała wołowina jest zrumieniona i wyjęta już z garnka, do tego samego tłuszczu wrzucamy warzywa, kolejno: por, czosnek, cebulę, marchewkę. Blanszujemy. Kiedy warzywa zrobią się szkliste ( miarodajna jest głównie cebula), wlać wino i bulion, dodać pokrojone w ósemki pomidory, bouquet garni. Doprowadzić do wrzenia. Teraz dodajemy boczek i wołowinę. Wszystkie składniki muszą być przykryte płynem. Dodajemy sól i pieprz i przykrywamy garnek. Wszystko będzie się gotować na wolnym ogniu od 2 do 3 godzin. Możecie również zrobić to w żaroodpornym naczyniu wkładając do piekarnika rozgrzanego do 150 stopni C. Wtedy będzie to trwało około 2 godzin. Od czasu do czasu danie trzeba będzie zamieszać. Jeśli w między czasie zauważycie, że sos za bardzo odparował, dolejcie wina. I znów cierpliwie czekamy, aż smaki się połączą. Na pół godziny przed końcem gotowania ( lub pieczenia), roztapiamy na patelni masło i wrzucamy pokrojone pieczarki oraz cebulki. Ja nie dostałam u siebie w sklepie cebuli perłowej, zastąpiłam ją cebulą białą. Blanszujemy cebulę a pieczarki zrumieniamy. Kiedy są złote, przekładamy je do gulaszu. Gotujemy kolejne 30-45 minut i voila ! Danie gotowe. Teraz trzeba tylko zagęścić, jeśli ktoś chce. W tym celu 2 łyżki masła topimy na patelni i dodajemy dwie łyżki mąki pszennej. Mieszamy aż do uzyskania złotej zasmażki. Wlewamy powoli dwie chochle schłodzonego sosu z naszej wołowiny i mieszamy gotując, aż zgęstnieje. Zawartość patelni wlewamy do boeuf ‘a i zagotowujemy delikatnie mieszając. Kiedy sos zgęstnieje można podawać na stół. Warto przed tym popróbować, czy danie jest wystarczająco dosolone i popieprzone. ;-).
Można podawać z chrupiącym pieczywem, lub puree ziemniaczanym.
Puree najprostsze:
Ugotowane ziemniaki, odparować, utłuc w garnku, dodać łyżkę masła, śmietanę, sól i pieprz do smaku. Na wierzchu posyp koperkiem. Gotowe.
Puree serowo-ziemniaczane
Wszystko tak jak na górze, ale dodajemy dodatkowo starty ser żółty, taki, który najbardziej lubicie w ilości 30% w stosunku do ziemniaków. Masę mieszamy i wkładamy w żaroodpornym naczyniu do piekarnika o temperaturze 180 stopni. Kiedy masa zrobi się złota, puree gotowe.
Teraz już tylko zapalcie świece na stole i smacznego!
Do jutra dołączę zdjęcia.
wtorek, 24 listopada 2009
Żurek i spółka
Etykiety:
gulasz,
kuchnia francuska,
wołowina
Na początku był chaos... Nie, nie, nie... Na początku był żurek ;-). Teraz zbliża się czas Francji. Jako patriotka zaczęłam od kuchni polskiej, swoją drogą cudownej, bogatej w smaki i różnorodnej. I obiecuję, że szczegółowo zajmę się naszą kuchnią, ponieważ to sztuka kulinarna mająca ponad tysiącletnią tradycję. Nie może pójść w zapomnienie. Każdy region do dziś ma swoje charakterystyczne smaki. Nawet taki żurek występuje w wielu odmianach: mazurski, wielkopolski, śląski i t.d. Kuchnia polska to nie tylko pierogi i bigos.
Do naszej rodzimej kuchni będę wracała wielokrotnie, wytropię ją w antykwariatach, zdmuchnę z niej kurz... Ale skoro statek wypłynął już w morze...
Nadchodzi czas Francji i boeuf bourguignon, czyli wołowiny po burgundzku. I nie obędzie się bez czerwonego burgunda, bo słynny gulasz uwodzi smakiem tego wspaniałego trunku. Idę do sklepu po składniki.
Do naszej rodzimej kuchni będę wracała wielokrotnie, wytropię ją w antykwariatach, zdmuchnę z niej kurz... Ale skoro statek wypłynął już w morze...
Nadchodzi czas Francji i boeuf bourguignon, czyli wołowiny po burgundzku. I nie obędzie się bez czerwonego burgunda, bo słynny gulasz uwodzi smakiem tego wspaniałego trunku. Idę do sklepu po składniki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
