Butterfly i prośba do czytelników

To kulinarna podróż przez smaki świata, w poszukiwaniu smaku doskonałego. Każdego dnia będę coś gotować dla siebie i dla Was. Może wspólnie odnajdziemy harmonię zmysłów. Zupy,sery,mięsa,wędliny,owoce,morza,sałatki,chleb,makarony,pizza,desery. Mniam! Afrodyta powstała z morskiej piany... Butterfly z mojej wanny pełnej jabłek. Leć, leć motylku do ludzi. Przynieś im radość i uśmiech. Wrzuć im do garnka garstkę szczęścia i natkę spokoju. Leć, leć mój malutki.
Wszelkie prawa autorskie są zastrzeżone dla autora bloga. Opublikowane fragmenty powieści pod roboczym tytułem "Gniew Aniołow" są również własnością autora bloga i zostały przez niego napisane, według dat publikacji. Za uszanowanie zasad tej strony dziekuję :)

autor: Izabela Sikorska

piątek, 31 grudnia 2010

GNIEW ANIOŁÓW XIV

Anna postanowiła pomimo upału najpierw pojechać na spotkanie z tym mężczyzną a dopiero potem do hotelu.


Jechali jeszcze dwie godziny w głąb pustyni. Krajobraz na zewnątrz był jednostajny, monotonny. Pomimo to, było w widoku pustyni coś niezwykłego. Dostojnego. Klimatyzacja w starym jeepie ledwo radziła sobie z chłodzeniem kabiny. W końcu na horyzoncie pojawiło się nieduże wzniesienie. Jechali w kierunku tego wzgórza. Jego zachodnia grań rzucała cień na piasek.
Anna dostrzegła nieduży namiot rozbity tuż przy górze. Kiedy wysiadła z auta mężczyzna siedział nieruchomo po turecku. Nie zwrócił uwagi na podjeżdżającego jeepa. Jego twarz była skierowana ku bezmiarowi pustyni. Przywitał ją skinieniem głowy, ale jego oczy ani razu na nią nie spojrzały. Usiadła na piasku obok niego. Kierowca wrócił do samochodu.
- Dawno cię nie widziałem Anno. Przyjechałaś za mną aż tutaj. Co cię sprowadza na tę pustynię?
- Twoje uczucia Dawidzie. Odszedłeś z naszego świata. Chce wiedzieć dlaczego.
- Skąd wiesz, że Ci odpowiem?
- Nie wiem. Przyjechałam zapytać. Twoja historia jest ważna. Może być dla innych drogowskazem.
- Moja historia już nie istnieje. Ja pozostawiłem wszystko tam. Wszystko! Również wspomnienia. A Ty chcesz je teraz zbudzić?
- Dawidzie… - Cisza. Anna nie wiedziała co powiedzieć. Patrzyła na profil Dawida. Jego skóra zrobiła się ciemna od Słońca. Trudno było w nim rozpoznać tego eleganckiego mężczyznę w popielatym garniturze za kilka tysięcy. Miał zawsze piękne spinki w mankietach koszuli, a jego paznokcie były dokładnie wypiłowane i wypolerowane. Teraz w zakamarkach dłoni czaił się piach pustyni. Gorący, aksamitny piach. Ciało Dawida okrywała jasna galabijja, uszyta z płótna. Kontrastowała z jego spaloną skórą. Milczał. Jego zielone oczy patrzyły w bezkresną dal pustkowia.
- Pustynia to dom dla tych, którzy już nie mają nadziei. Ja nie szukam studni. Odszedłem by trwać tu do końca swych dni, wiedziony rytmem gorącego oddechu pustyni. Moje życie przesuwa się na odcinku od wchodu do zachodu. Tu wszystko jest przewidywalne. Nawet burza piaskowa. Kiedy nadchodzi pustynne ptaki ogłaszają to z powietrza. To jest prawdziwy, uporządkowany świat. Każde ziarno tworzy zbiór. Zbiory są harmonijne. Porównaj to do świata, z którego przyszłaś. Czy jego melodia nie jest najgorszą kakofonią jaką słyszałaś?
A teraz posłuchaj co mówi pustynia… Dawid wsłuchiwał się.
(…)
- Słyszysz Anno? Słyszysz jak śpiewa? – Anna zawstydzona pokręciła przecząco głową.
„ Ja słyszałem. Słyszałem melodię pustyni. Szept wiatru okalającego wschodnią grań wzgórza. Słyszałem niezauważalny ruch ziarenek piasku. Przypominał szum morskich fal. Z nieba dobiegał głos sępa. Ptak pokrzykiwał rytmicznie. Efemerydy tliły się ciszą płynącą z uśpienia.
Dawid. Imię króla.”
- Siedzę tu codziennie. Godzinami patrzę na pustynię. Jej wyraz cały woła do mnie. Wie, że jest doskonały. Analizuję każdy centymetr jej piękna. Każdy fragment zespolenia horyzontu z niebem. Kolory, zapachy. Tu wszystko ma większy kontrast i łatwiej daje się wyodrębnić.
W Twoim świecie panuje jarmarczny chaos. Wrzeszczące, jaskrawe barwy, natrętne, przytłaczające zapachy. Chaos. Tam moje oczy nic nie widzą, moje uszy nic nie słyszą. Nigdy już nie wrócę. Nigdy.
Tu jest mój synkretyczny porządek świata. W nocy przemawiają duchy przeszłości. Opowiadają mi dzieje Ziemi. Szepczą o okrucieństwie ludzkości. Czasem pochylają się nad losem człowieka. Wtedy nadchodzi burza piaskowa. W jej huku krzyczą o zbliżającej się zagładzie. O karze, która wkrótce nadejdzie.
Do Anny podszedł biały wielbłąd. Zaskoczona chciała się cofnąć, ale Dawid ją powstrzymał.
- Witaj Arielu, mój przyjacielu. To Anna. – wielbłąd pochylił głowę i delikatnie dotknął jej ramienia. Słyszała jak głęboko wdycha jej zapach. Potem przesunął nozdrza w kierunku ucha. Tchnął w jego wnętrze ciepły, przyjemny podmuch.
Ariel zgiął przednie nogi, potem tylne. Usiadł pomiędzy Anną a Dawidem. Sprawiał wrażenie, jakby chciał się przyłączyć. Był tak śnieżno biały, że w pustynnym Słońcu wydawało się, jakby biło od niego światło.
Siedzieli tak jeszcze długo we trójkę. Kobieta, mężczyzna i albinos. Wszyscy milczeli. Tylko pustynia… Pustynia śpiewała. Teraz nawet Anna ją usłyszała.

Nocą opuściła Dawida. W hotelu długo nie mogła zasnąć. Myślała o nim.

Pierwszy raz spotkała go 10 lat temu. Miała przeprowadzić z nim wywiad. Była pełna obaw, bo uchodził za człowieka mało przystępnego. Zasłynął jako geniusz informatyczny. Stworzył najlepszy na świecie program. Montowano go we wszystkich komputerach. Wynalazek przyniósł mu miliardy, tryliardy. Jego dochody przewyższały niejeden budżet państwa.
Wjechała wtedy windą na 150 piętro olbrzymiego wieżowca. Tam, na samej górze był jego gabinet. Cały biały. Chirurgicznie sterylny, wypłukany z barw. Nawet biurko było białe. Tylko Dawid miał kolory. Jego szary, nienaganny garnitur. Błękitna koszula… Zieleń oczu. Te były szczególne. Patrzyły bardzo uważnie i jakoś w taki mądry sposób. Niewiele powiedział jej o sobie. Nie miał żony, ani dzieci. Rodzice już nie żyli. Nie miał przyjaciół. Jak się ma taką kasę, to się ich po prostu nie ma. Nie wiesz, czy kochają ciebie, czy twoje konta bankowe. Siedział więc Dawid w swej wieży sam. Spowity w biel. Gładził delikatnie klawisze swojego laptopa. Też białego. Stąd patrzył na świat a świat patrzył z dołu na jego strzelistą wieżę. Oddzielało ich od siebie całe 150 pięter niechlubnej historii.

Siedem lat później spotkali się na lotnisku Abrahama. Rozpoznał ją. Nawet ucieszył się bardzo na jej widok. Szedł do swojego prywatnego samolotu. Przedstawiła mu mamę. Nie mówiła jej kim jest ten człowiek. Nie chciała zawstydzać Dawida. Wypili we trójkę cafe latte. Wtedy po raz pierwszy zobaczyła, że ten człowiek umie się uśmiechać. Robił to, kiedy na nią patrzył zielonymi oczami. Chyba wtedy… Wtedy coś zaiskrzyło. Anna czuła to wyraźnie w jego powiększonych źrenicach. Kiedy w nie patrzyła widziała swoje odbicie a w okolicach łona czuła silną wibrację.

„ Więc to jego kochała naprawdę. Dawida. Dlaczego to do mnie tam nie dotarło. Wiodła nią miłość zbyt szybko przerwana. Karawana tęsknoty przetaczała tam piaski. Dziwne. Może powinienem wrócić i przyjrzeć się jego uczuciom. Czy pustynia już je wypaliła? Co dzieje się w takim mózgu?”

Dawid zaprosił ją po wakacjach na kolację do siebie do domu. Dopijali kawę, kiedy Anna wyszła do toalety. Niedługo mieli odlatywać. Myła ręce… Była taka szczęśliwa. Czuła to. Czuła, że nowy rozdział życia właśnie się otwiera. Spojrzała na siebie w lustro…
Najpierw był ogłuszający huk. Potem w powietrzu wirował ogień, ciskając odłamkami szkła i gruzu. Wszystko przewijało się w zwolnionym tempie. Bez dźwięku. W tumanach pyłu ledwo mogła odróżnić ludzi od rozerwanych elementów terminala. Próbowała się wydostać na zewnątrz, ale ciągle coś z góry spadało na głowę. Kiedy pył opadł zobaczyła…
Wszystko było białe od pyłu. Ciała też były białe. Z tej bieli powoli wysączała się krew. Z sekundy na sekundę przybierała na swej intensywności. Czerwień spłukiwała wszystko. Obmywała ludziom twarz, dłonie, piersi… Kąpała się w przerażonych oczach. W końcu cały terminal wypełniła swoją barwą i ciszą, która zamarła w ich umysłach. Zastygła tam na zawsze. Na zawsze. Cisza zastygła krzykiem purpury.
Anna chciała biec, ale to było jak w sennym koszmarze. Jej nogi nie mogły się poruszyć. Wtedy ze zgliszczy wyłoniła się biała postać. Złapała ją za rękę i pociągnęła przez purpurę. Nie umiała rozpoznać twarzy. Biel zmyła rysy. W rozkrwawionej posadzce zobaczyła skuloną matkę. Patrzyła na nią. Anna osunęła się na kolana. Delikatnie uniosła jej głowę i położyła na nogach. Gładziła jej poklejone czerwienią włosy. Powoli i Anna stała się tym kolorem. On stał nad nimi nieruchomo. Patrzył.
Kiedy się obróciła zobaczyła, że płacze. Łzy usunęły biel. Spod niej wyłoniła się twarz Dawida. Przykucnął za jej plecami i objął od tyłu. Mocno.
Utkwili tak we trójkę w niebycie.
Dawid, Anna i leżąca Matka. Kadr się zatrzymał.
Tylko krew wylewała się strumieniem…
Eksplodowała z serc.
Zalała całą posadzkę w terminalu Abrahama.
Dawid, Anna i Matka… Obraz pomazany.
Wkrótce Matka odeszła w ciszy.

Z OKAZJI NOWEGO ROKU PUBLIKUJE DZIŚ DŁUŻSZY FRAGMENT, ŻEBY LEPIEJ SIĘ CZYTAŁO. I WSZYSTKIEGO CENNEGO I DOBREGO W 2011 :))) POWIEM TAK, ŻYCZĘ WSZYSTKIM BLOGEROM NA ŚWIECIE, BY MIELI TAK WSPANIAŁYCH CZYTELNIKÓW, JAKICH MAM JA. DZIĘKUJĘ WAM KOCHANI ZA TEN ROK SPĘDZONY RAZEM :)))

p.s. I mam problem, nie wiem co robić. Może Wy mi poradzicie. Mąż zabronił mi dalszej publikacji powieści w internecie. Powiedział, że ktoś mi może ją ukraść i zrobić plagiat. I ma chyba rację, bo przecież każdy czlowiek może tu wejść. I mieć różne zamiary. Co mam zrobić? Czy chronią mnie tu jakies prawa autorskie?

czwartek, 30 grudnia 2010

GNIEW ANIOŁÓW XIII

Samolot wzbił się w powietrze.
- Dla Pani kawa czy herbata ? – spytała stewardesa.
- Poproszę herbatę. Dziękuję.
Anna postawiła herbatę. Położyła dłoń na brzuchu. Robił się coraz bardziej okrągły.
Ziemia pod Anną uciekała. Z minuty na minutę, olbrzymie budynki, wielopasmowe drogi, zamieniały się w ziarenka … maleńkie ziarenka piasku. Z tej wysokości spojrzenie na Ziemię zmieniało kontekst. Wszystko było niby w zasięgu ręki, a jednocześnie tak irracjonalnie małe, że prawie nierzeczywiste. Ziemia, taka mała i tak wielka, że samemu trudno ją ogarnąć…
„ Patrzyłem na nią przez okno. Jej twarz była taka delikatna. I taka smutna. Szkoda mi jej. Ona nie pasuje już do tego świata. Czy powinienem ją stąd jednak zabrać? Co mam zrobić? Może na razie będę przy niej. Będę nadal patrzył. Tylko czy ona wytrzyma to, co ma się wydarzyć? Czy ona to wytrzyma? Jest taka krucha, taka subtelna. Nie chcę by cierpiała. Ona jedna nie zasługuje na to. Nie zasługuje.”
Przed lotniskiem czekał na Annę szczupły, śniady mężczyzna w samochodzie terenowym. Przywitał ją skinieniem głowy i wsadził walizkę do auta. Ruszyli w kierunku pustyni Nagal. Było bardzo gorąco. Powietrze falowało tuż nad powierzchnią asfaltu. Kierowca nic nie mówił. Na kokpicie dyndała głowa pieska jamnika. Cały czas potakiwała w rytm jazdy. Niedługo przekroczą granicę Saragoty. Za nią będzie już tylko piaszczysta równina. Middle Country i cywilizowany świat pozostaną tutaj.
Anna była ciekawa tego spotkania. Wiele słyszała o tym mężczyźnie. Kiedyś był gwiazdą w świecie biznesu. Był jednym z najbogatszych ludzi na Wschodnim Wybrzeżu. Pewnego dnia ich drogi się przecięły. Tam, trzy lata temu na lotnisku Abrahama.
Dojechali do granicy państw. Dwa czołgi stały z lufami wykierowanymi na wjazd. Uzbrojeni żołnierze legitymowali kolejno oczekujących w kolejce. Powietrze było bezlitośnie gorące. Splatało się z rozciągniętym dookoła drutem kolczastym.
Uzbrojony mężczyzna podszedł do ich wozu. Kierowca otworzył szybę. Wojskowy zajrzał do środka bacznie przyglądając się Annie. Po chwili kazał im wysiąść i oprzeć w rozkroku o samochód. Najpierw dokładnie sprawdził przewodnika. Potem podszedł do Anny. Przesuwał dłonie wzdłuż ciała, bardzo dokładnie. Potem piersi. Wsunął ręce pod stanik tak, że Anna wykonała gwałtowny ruch.
- Stać! – wrzasnął.
- Nie ruszaj się.- powiedział przewodnik.- Musisz wytrzymać.
Dłonie żołnierza, brudne i wstrętne zaczęły badać biodra i uda. Anna czuła, że za chwilę zwymiotuje. Co za okropna kontrola. I ten smród.

„ Nie! Co za drań cholerny. Jak on śmie dotykać ją w taki sposób. I te brudne łapy, ten stęchły oddech. Pobrudził jej sukienkę. Ona zaczyna drżeć.”

Nagle struga iskier przeskoczyła z sukienki Anny wprost na dłonie wojskowego. Mężczyzna odskoczył. Jego oczy wyrażały zażenowanie. A może to było zdziwienie.
To samo malowało się w oczach zdezorientowanej Anny.
Żołnierz zaklął i wrzucił do auta ich dokumenty. Dał ręką znak do odjazdu.
Anna zupełnie nie wiedziała co się stało. Jakby nagle uwolnił się z tajemniczego źródła strumień wolnych elektronów, porażając tamtego mężczyznę.
Ruszyli samochodem w głąb pustyni. Była majestatyczna i prawie jednobarwna. Beż delikatnego, drobnego piasku rozpościerał się po daleki horyzont. Temperatura na zewnątrz wynosiła ponad 50 stopni C.

środa, 29 grudnia 2010

GNIEW ANIŁÓW XII

Ruszyli w kierunku lotniska. Anna patrzyła przez szybę. Deszcz mocno smagał ją strugami wody.


Czasem jedna kropla odrywała się od pozostałych i spływała wolniutko po szybie, by chwilę później stoczyć się na ziemię, wprost w olbrzymie kałuże. Anna obserwowała drogę tych samotnych kropel, które po chwili jednoczyły się, tworząc całość.
- 100 denarów- głos kierowcy wyrwał ją z zamyślenia
- 100 denarów za kurs … Jesteśmy na lotnisku.
Anna zabrała bagaż i udała się w kierunku terminala.
Na lotnisku kłębiły się tłumy ludzi. Mówili w różnych językach. Było tu tak głośno, że Anna nie mogła czasem odróżnić kto w jakim języku mówi.
Była na największym na świecie lotnisku. Co 10 sekund startował lub lądował samolot. Olbrzymie huczące maszyny ociężale podnosiły swe cielska z pasa, by po chwili z lekkością ważki wzbić się w powietrze.
- W tym miejscu przecinają się wszystkie ludzkie szlaki. W ciągu jednego dnia samoloty z tego lotniska polecą prawie w każdy zakątek Ziemi.- pomyślała.
Nagle to miejsce skojarzyło jej się z pustynią … Z karawanami przemierzającymi gorące piaski … Poszukującymi oazy, by ugasić pragnienie i chwilę odetchnąć w cieniu daktylowców …
-Pasażerowie lecący do Middle Country - nr lotu 737188 proszeni są o zgłaszanie się do odprawy paszportowej i kontroli celnej. Przypominamy, że w bagażu podręcznym nie można przenosić metalowych ani twardych plastykowych przedmiotów.
Pasażerowie lecący do Middle Country …
Anna udała się w kierunku odprawy paszportowej i celnej.
- Dzień dobry, proszę o Pani paszport i wizę.
Położyła dokumenty na blacie.
- Dziękuję. Proszę przejść do kontroli osobistej.
Kontrola osobista … To stała praktyka na lotniskach od 3 lat. Od wielkiego zamachu. Jeden człowiek, jedna bomba … 5 tysięcy grobów.
Teraz każdy pasażer samolotu musi poddać się kontroli osobistej. Sprawdzany jest bagaż, ubranie, ciało … Bardzo dokładnie. To nieprzyjemne doświadczenie, być tak dotykanym, tak osobiście. To cena za komfort podróży samolotem. Czasem nie ma innego środka transportu, kiedy się jedzie na drugą stronę kuli ziemskiej. Panuje powszechny strach … Każdy jest sprawdzany bardzo dokładnie.
Anna przypomniała sobie czasy, kiedy latała z mamą na wakacje na Wyspę Kota. Wtedy wystarczył paszport, bo nikt nie bał się drugiego. Ludzie ufali sobie. Wsiadali do samolotu i lecieli… Czerpali przyjemność z samego lotu. Jedli, rozmawiali, zawierali znajomości na pokładzie. Byli uśmiechnięci. Cenili wolność, po Wielkiej Wojnie.
Rozejrzała się wokół siebie. Patrzyła na ludzi. Obok stała skośnooka kobieta. Coś wykrzykiwała, kiedy wyrzucono jej rzeczy z walizki na stolik. Za nią stał mężczyzna, czarnoskóry. Był cały spocony i bardzo ciężko oddychał. Nic nie mówił, nie denerwował się. Jednak jego twarz była jakaś smutna, bez wyrazu. Jakby wytopiona z wosku.
Anna znów wróciła myślami do przeszłości …

Patrzyła przez okno w samolocie na uciekającą w dole Ziemię. Trochę się bała, więc ściskała mamę za rękę. Wiedziała, że ten strach minie, kiedy samolot osiągnie pułap. Wtedy poczuje ulgę i będzie się cieszyć, że jadą razem na wakacje na Wyspę Kota.
Jeździły tam od czasów, kiedy pamięta. To było piękne miejsce. Taki mały raj.
Wyspa była złoto piaszczysta a jednocześnie pokryta zielenią, która skradała się tuż pod sam brzeg oceanu. Godzinami wylegiwały się na plaży. Rozmawiały … Rozmawiały o wszystkim co umyka, ale te rozmowy nigdy Annie nie umknęły.
Mama opowiedziała jej kiedyś legendę o tym miejscu, które nazywano Wyspą Kota.
Żył kiedyś pewien człowiek, który stracił swoją córkę, żonę i matkę. Wszyscy zginęli w czasie wojny. Zbuntował się przeciwko Bogu, bo nie mógł zrozumieć, dlaczego Ten tak go doświadczył. Był człowiekiem uczciwym i bardzo wierzącym. Walczył odważnie starając się nie naruszać reguł boskich przykazań.
I nagle ten cios … Zburzył wszystko… Cały jego świat miłości. Jedyne, co ocalało w jego sercu, miało tylko jedno imię – Cierpienie. W duszy, którą zrodziło światło czystego serca, powstał mrok . On dał początek zemście i nienawiści, dał początek śmierci. Ponoć jego własnej – tak mówiła mama.
Mężczyzna z piękna uczynił szkaradztwo… Jednak jego Dusza wciąż pamiętała piękno, jego smak i zapach. Nigdy nie oswoiła się z nową sytuacją. Dlatego mężczyzna ten zawsze nosił w sercu gorycz, bo ani zemsta ani strach i ból, nie przyniosły mu ulgi. Legenda głosi, że pewnego dnia postanowił oddać swoje życie wodom, by ugasić swoje cierpienie. Przywiązał do szyi kamień i skoczył do oceanu. Jednak Bóg nie mógł go przyjąć gdyż splamił swe serce … Nie chciał go również Szatan, bo resztka piękna wciąż tkwiła w jego duszy. Wzburzył się wtedy ocean i wyrzucił człowieka na brzeg, lecz pod inną postacią.
Mężczyzna został zakuty w ciało Kota, który otrzymał siedem żyć. Każde miało być pokutą za zwątpienie, miało być wspomnieniem szczęścia i cierpienia.
Ponoć Kot, który wyszedł z piany oceanu jest błękitny jak jego odmęty i równie niebezpieczny jak jego gniew.
- Jednak kiedy ktoś bardzo wierzy w to co robi i czyni to z miłości, kot wychodzi z lasu, by pomóc człowiekowi. Tak spłaca swój dług.
- Naprawdę mamo?- spytała Anna.
- Nie wiem kochanie. Tak mówią tubylcy. Dlatego wyspę tę nazwano Wyspą Kota.

wtorek, 28 grudnia 2010

GNIEW ANIOŁÓW XI


Kiedy się obudziła, firanka dalej powiewała z dobiegającym z dołu hukiem miasta. Zachodzące Słońce wylało na ściany sok z wyciskanych brzoskwiń. Anna leżała nieruchomo na sofie a w głowie kotłowały się jej myśli. Nigdy nie miała tak dziwnego snu. To było jak… Jak jakieś Proroctwo.
„ Czułem jej samotność. Teraz przybrała na sile. Wypalała ją od środka. Tak to jest. Kiedy Bóg raz przejrzy się w oczach człowieka, ten już na zawsze będzie tęsknił. I walczył. Z własną samotnością.”
Spod rzęs Anny wysunęła się delikatnie łza. Spływała wolno po policzku… Nieśpiesznie sturlała się na szyję. Przepłynęła dostojnie wzdłuż jej linii i stoczyła się na pierś. Tam zniknęła w koronce stanika.
Annę w środku coś bardzo paliło. To było niemal fizyczne doznanie. Ogromne pragnienie wypełniające całe ciało. Kolejna łza wysunęła się nieśmiało spod rzęs. I podążyła przed siebie. Dusza… Dusza płakała również.
Przed oczami dalej lśniły gwiazdy. Widok wspaniałej, błękitnej Ziemi, nie pozwalał myślom Anny na powrót do rzeczywistości.
Minęły 3 lata, od Wielkiego Wybuchu na lotnisku Abrahama. Zamachowiec zdetonował tam ładunek wybuchowy. Zginęło 5 tysięcy ludzi. Wśród nich matka Anny. Najbliższa jej osoba. Anna też tam była, ale miała więcej szczęścia.
Matka umarła jej na rękach, pośród gruzu i innych zakrwawionych ciał. Jechały na wakacje na Wyspę Kota. Jeździły tam co roku, od kiedy Anna pamięta.
Zaczęła pakować walizkę. Wczoraj naczelny poinformował ją, że musi lecieć do Middle Country na kolejny reportaż. Właściwie przed porodem to już ostatni lot. Domknęła niedużą czerwoną walizkę. Bose stopy włożyła w mokasyny. Przy drzwiach przeczesała włosy i związała w koński ogon. Przed wyjściem spojrzała sobie w oczy. Zawsze tak robiła, zanim opuściła dom. Trzaśnięcie drzwi. Zamek zachrzęścił. Cisza.
„Na chwilę zostałem sam. Ja też potrzebowałem zebrać myśli. Przyszedłem tu mając prosty plan do wykonania. Ale teraz to wszystko komplikuje mi sprawę. Muszę jeszcze przeanalizować kilka kwestii, by podjąć decyzję. Poszedłem za nią. Była w taksówce.”

sobota, 25 grudnia 2010

GNIEW ANIOŁÓW X

„Podążałem za nią w przestworzach. Doprawdy nie wiem, co ona tu robiła. Jak udało jej się wybić wraz z eksplozją źródła. Jej umysł jest potężniejszy niż sądziłem. Myślałem, że oni nie potrafią… że nie potrafią.
To piękne… Spokój i cisza Kosmosu. Tylko ruch Platona… Symetryczny… Linearny...
Wszechświat pozbawiony cieni. Spowity w blasku rozbłyskujących gwiazd.
Spiralne drogi mleczne.
Wszechporządek.
Wszechrzecz.
Idea Wszechświata.
Przeciąłem mgławicę. Patrzyłem na jej Jestestwo. Było czyste. Jej serce nieskalane grzechem. Tabula rasa pierwszego człowieka. Ja też zaczynam mieć nadzieję. Chyba odzyskuję wiarę. Kolejne uczucie, które powraca po tysiącach lat.
Anno! Jestem tu! Obróć się proszę. Jestem tuż za Tobą… Anno…”


Anna Go nie widziała. Za bardzo pochłonął ją widok. Bajeczny krajobraz Kosmosu. Miliony lat świetlnych stąd rodziła się nowa gwiazda.
Potężny obłok gwiezdny zaczął się zapadać. Implodował do wnętrza samego siebie, zwiększając masę atomową. Jego gęstość rosła wraz z temperaturą. Kiedy stał się wystarczająco masywny i silny nastąpiła synteza atomowa.
W oczach Anny odbił się potężny blask. Jakby Boża iskra na chwilę rozszerzyła jej źrenice. Nowa Gwiazda eksplodowała życiem. Jej czyste, idealne światło, obiegło inne mgławice, oczekujące miliony lat na takie tchnienie. W czeluściach Kosmosu narodziło się nowe życie.
„Moje dziecko!” – pomyślała Anna – „Boże! Moje dziecko!”
Zaczęła wykonywać gwałtowne ruchy, tak, że prawie spadła ze skały, na której dryfowała. Obróciła się tęsknym wzrokiem, w poszukiwaniu Ziemi. Ale była już tak daleko, że nie widziała nawet swojego Słońca.
„Anna była nieruchoma. Cały czas pozostawała w embrionalnej pozycji. Dryfowała zawieszona w międzygwiezdnej pustce. Nagle…”.
Coś zaczęło z dużą siłą przyciągać Annę do siebie. Czuła, że porusza się z olbrzymią prędkością, która narasta. Światła planet i gwiazd stały się oślepiające, po czym zlały w jeden promień. Oszałamiająca siła przyprawiała ją o mdłości. Była przerażona… Kiedy… Kiedy nagle ujrzała...
Niebieska planeta spokojnie obracała się wokół swojej osi. W oddali majaczyły grzbiety chmur. Na horyzoncie wschód Słońca rzucał na Ziemię jaskrawą poświatę. Pomiędzy Księżycem a Ziemią Anna i jej myśli ustały. Zamknęła oczy.
(…)
Kiedy je znowu otworzyła była w naczyniu, zanurzona w ciepłym, lepkim płynie. Poczuła ulgę. Wielki spokój znowu otoczył jej wykrzywione embrionalnie ciało. Powrócił rytmiczny, jednostajny dźwięk. Wywoływał w niej poczucie bezpieczeństwa. Teraz już wiedziała czym jest. Pochodził z poza niej, wydobywał się jakby z góry naczynia, w którym znowu była. Serce. Biło miarowo i spokojnie. Nie jej serce.
To było serce jej matki.
Serce matki. W jednym świetlnym ułamku sekundy zrozumiała, że jest w jej łonie. Było tu tak ciepło, tak otulnie. Ogarnęło ją niebywałe uczucie miłości. Otaczało ją z każdej strony. Gładziło delikatnie drobne stopy, krawędź warg… Miłość wypełniła naczynie. Wypełniła serce Anny i łono matki.
Anna nigdy nie czuła się tak bezpieczna i kochana jak teraz. Nigdy. Już nie była samotna, choć w pobliżu nie widziała nikogo. Pragnęła… Tak. Pragnęła pozostać tutaj na zawsze. Tutaj czuła ...
„Widziałem dwa serca obok siebie. Biły osobno, ale splecione w jedności istnienia. Łono kobiety… Św. Graal… Narodziny Gwiazdy. Rozbłyski życia. Nie spodziewałem się, że będzie to na tyle fascynujące, że mnie zaskoczy. Równie piękne… Tak, to jest równie piękne. Bliskie ideom. Jednak muszę się bliżej przyjrzeć człowiekowi”.
Anna unosiła się w naczyniu, chłonąc z niego miłość idealną. Słyszała rytmiczne, spokojne uderzenia serca matki. Wydawało jej się, że nawet słyszy jej głos. Tu było tak dobrze. Żyć, być… Wewnątrz drugiej istoty. Spleść się z jej oddechem… Z każdym atomem ciała. Być tak blisko, tak bardzo blisko.
Dusza Anny czuła, że wpisano ją w zbiory innych istnień. Poczuła to po raz pierwszy i zapamiętała na zawsze. Tak jakby w jednej chwili odkryła wzór na kwadraturę koła. Więc to pragnienie jedności było odpowiedzią. Światło wypełniło naczynie. Św. Graal wisiał zawieszony w Kosmosie. Z daleka wyglądał, jak ludzki embrion. Ale może to było złudzenie, wywołane wysoką temperaturą młodej gwiazdy.

czwartek, 23 grudnia 2010

Karp po żydowsku


A więc nadszedł w końcu po roku. Karp po żydowsku. Przepraszam, że tak późno, ale lepiej późno niż wcale. To oryginalny przepis z kuchni polskich Żydów. Trochę zapomniany. Więc dziś odkurzam go, wyciągając z lamusa, by jego tradycja przetrwała, bo naprawdę jest tego wart. Więc róbcie go w swoich domach, niech jego smak obdarzy Was magią i szczęściem. Ta potrawa jest niezywkła. Wymaga poświęcenia i cierpliwości. Ale skoro te ryby poświęciły życie, by nas radować, należy sie im szacunek i honor. Niech tak sie stanie!

Proporcje podaję na jednego karpia o wadze około 1,50-1,70 kg. Jeżeli macie więcej karpi, przyprawy trzeba podwajać, lub potrajać :)

POTRZEBUJEMY:
FARSZ:
- 1 karp w całości z głową, waga ok. 1,70 kg
- cebula - 30dkg
- jaja - 2 sztuki
- maca - 15 dkg
- migdały - 7 dkg
- sól, pieprz, cukiet do smaku ( cukier 2 łyżeczki)

WYWAR
- cebula 20 dkg
- żelatyna
- opakowanie rodzynek
- sól, pieprz, cukier do smaku
- 3 marchewki pokrojone w talarki

Na zdjęciu dzwonek wycięty z karpia. Aby go uzyskać, trzeba odciąć głowę i oczyścić rybę z wnętrzności nie rozcinając skóry brzucha. Skóra musi być cała, jak na zdjęciu. Dzwonki wykrajamy o głębokości ( wysokości ) około 2 cm. Głowy i ogony zachowujemy. Będą potrzebne do wywaru.
Teraz każdy dzwonek obieramy z mięsa, razem z ośćmi. Deliktanie wycinamy przy skorze mięso, tak, aby nie uszkodzic skóry. Kolejno każdy dzwonek.


Tak wygląda dzwonek po wyfiletowaniu. Mięso wraz z ośćmi zbieramy do miseczki. Każdą wyfiletowana skórkę odkładamy na bok. Kiedy wszystko skończymy, ostrym, giętkim nożem odzielamy mięso od ości, te, ktore przed chwilą zostało odzielone od skóry z dzwonka ryby.
Głowy, ości i ogony zalewamy wodą, przyprawiamy i gotujemy wywar rybny.
Około 1, 30 godziny na wolnym ogniu. Potem wywar filtrujemy przelewając przez gęste sito, lub gazę. Będzie bardziej klarowny wtedy.
Odzielone od ości mięso ryby mielimy w maszynce, najlepiej elektrycznej, WRAZ Z CEBULĄ I MACĄ, UPRZEDNIO NAMOCZONA W GORACEJ WODZIE. Macę nalezy odcisnąć z wody i zmielić. Masę łaczymy z żółtkiem i białkiem ubitym na sztywną pianę. Doprawiamy solą i piperzem. Migdały namaczamy we wrzątku, odcedzamy i dodajemy niezmielone do farszu. Wszystko mieszamy. Wypełniamy dzwonki farszem.

Tak to wygląda po napełnieniu farszem. Musi ściśle przylegać do skóry, inaczej wypadnie.
teraz bierzemy duży garnek, na jego dnie układamy talarki marchewki, aby ryba faszerowana nie przywarła do garnka. Układamy dzwonki, tak, aby sie nie stykały ze sobą. Na pierwszą warstwę dzwonków znowu układamy talarki marchewki. To sprawi,że się nie skleją. Kiedy wszystkie warstwy są ułożone, zalewamy wywarem z karpia, lejąc go po ścianece garna, żeby nie wypłukać farszu. Dodajemy opakowanie rodzynek do wywaru ( wcześniej trzeba go doprawić solą, pieprzem i cukrem). Goryjemy około 45 minut na wolnym ogniu. Zdejmujemy do przestygnięcia. Łyżką cedzakową wyciągamy dzwonki i układamy na półmisku, ozdabiając marchewką. Wywar filtrujemy przez sito lub gazę i dodajemy żelatynę. Zalewamy rybę na półmiskach. Gotowe.
Swietnie smakuje skropiona sokiem z cytryny. Smacznego, Niech się darzy :))) Za błędy przepraszam, ale bardzo sie spieszę. Jeśli sa pytania, prosze pytać w komentarzach. Wszystko wytłumaczę :))

BĄDŹCIE SZCZĘŚLIWI I BLISKO RODZINY. INACZEJ TO WSZYSTKO NIE BĘDZIE MIAŁO WIĘKSZEGO SENSU. RADOSNYCH :))))

wtorek, 21 grudnia 2010

Gniew Aniołow IX



„ Nie widzi mnie. Szkoda Ale mam wrażenie, że jej ręka delikatnie drgnęła. Anno?”


Ciało Anny uwolniło się ze spazmatycznego skurczu. Było miękkie… Bezwładne… Pływała.
Nagle nadbiegła pierwsza myśli. Umysł odzyskał równowagę. Wybudzał ją powoli z letargu. Wszystko było zawieszone w czasie. Wszystko było takie ciepłe…
- Nie oddycham… Ale.. Ale nadal czuję. Ja czuję! Anna otworzyła oczy. Okazało się, że może też widzieć. Umysł zapominał powoli o potrzebie tlenu. Spokój zaczął oplatać jej duszę. Gładził jej włosy, policzek… Usta… Gładził jej stopy. Otulny, miękki płyn. Wewnątrz tej dziwnej cieczy panował półmrok, rozświetlany momentami brzoskwiniowym fajerwerkiem.
Nagle Anna uświadomiła sobie, że z głębi dobiega ją jakiś rytmiczny dźwięk. Słyszała go coraz wyraźniej. Był stłumiony. Teraz była już pewna, że dobiega ze środka tego dziwnego pomieszczenia. Próbowała się przekręcić, obrócić, żeby sprawdzić co to jest, ale nie mogła. Tak jakby ktoś ją związał. Nie była jednak skrępowana. Właśnie teraz dopiero sobie to uświadomiła.
- Ten dźwięk… ten dźwięk… - pomyślała Anna. On przypomina bicie serca. – Może to było bicie serca? Przestała się zupełnie ruszać. Nasłuchiwała. Miarowe uderzenia, w równych odstępach od siebie.
„ Widziałem ją. Była w dziwnej, embrionalnej pozycji. Nogi miała zupełnie podkulone. Skrzyżowane ręce mocno przywierały do jej piersi. Dłonie rozchyliły palce. Ciało zanurzono w jakimś kleistym płynie. Jej powieki, zamknięte i nieruchome. Twarz bez mimiki. Jej ciało spoczywało w tej zaskakującej pozycji. Nie oddychała już ponad 30 minut. Dlaczego mnie nie słyszy?
Anna już się nie bała. Ogarnęła ją błogość. Czuła się bezpieczna. Rytmiczne uderzenia wprawiły ją w stan letargu. Zawieszona dusza i ciało… Pomiędzy atomami układów słonecznych. Teraz wszystko mieściło się tutaj. Cały wszechświat. Plejady, drogi mleczne… Kwanty i kwarki. Przestrzeń międzyatomową wypełniał ciepły, przyjemny płyn. Wewnątrzatomowa pustka ustępowała mu napawając ciszą. Na końcu drogi mlecznej wybiło źródło. Strzeliło oślepiającym światłem w górę, by po chwili opaść i wypełnić naczynie, w którym umieszczono bezbronne ciało Anny.
„ Jak ona może to czuć. Ludzie nie potrafią. Nie potrafią wniknąć aż tak głęboko. Może teraz to ona wdarła się do mojego umysłu? Jak to możliwe?!”
Anna uniosła się ponad naczynie. Spojrzała w dół. Tam zobaczyła swoje nieruchome ciało. Przesuwała się w górę. Minęła chmury, spienione grzbiety rozświetlone promieniami Słońca. Czym wyżej się unosiła, tym bardziej robiło się ciemno. Błękit przechodził w granat, aż stopił się w czerń.
Nie bała się. Oddalała się od Ziemi. Zawisła na jej orbicie. Patrzyła na planetę. Była piękna, był tak bardzo piękna. Taka samotna w tej osnutej wieczną nocą przestrzeni.
Coś popychało Annę dalej. Ziemia zaczęła się oddalać. Minęła ją. Potem Księżyc… Mars... Zatrzymała się przed potęgą wielkiego Jowisza. Był taki monumentalny. Patrzyła na niego długo. Chłodny, wypłukany z barw i krajobrazów.
W końcu zbliżyła się do Saturna, szóstej planety od Słońca. Usiadła na odłamku skalnym pierwszego pierścienia. Miała wrażenie, że w tym momencie Saturn jakby drgnął, ale może to było tylko złudzenie. Pierścienie przesuwały się w zupełnej ciszy. Niektóre były kawałkami lodu… Przypomniała sobie wtedy oczy kobiety. Stłuczone lustro.
Tutaj krążyły jego odłamki. Gdyby Marika wiedziała, gdyby Anna mogła jej teraz powiedzieć, kawałki lustra są tutaj… Może udało by się poskładać wszystkie jego elementy?.
Nagle odłamek skały, na którym siedziała Anna oderwał się od pierścienia i zaczął podążać w pustkę Kosmosu. Minęła Pluton. Na końcu ostatnią… karłowatą Eris. Ruszyła ramieniem Perseusza w głąb Galaktyki. Płynęła a jej dusza napawała się najpiękniejszym widokiem, jaki kiedykolwiek widziała.
Czy zdoła powrócić do Św. Graala? Czy odnajdzie drogę… Skalny odłamek wchłaniała Galaktyka. Wolno chłonęła również Annę.

CIĄG DALSZY NASTĄPI…