Butterfly i prośba do czytelników

To kulinarna podróż przez smaki świata, w poszukiwaniu smaku doskonałego. Każdego dnia będę coś gotować dla siebie i dla Was. Może wspólnie odnajdziemy harmonię zmysłów. Zupy,sery,mięsa,wędliny,owoce,morza,sałatki,chleb,makarony,pizza,desery. Mniam! Afrodyta powstała z morskiej piany... Butterfly z mojej wanny pełnej jabłek. Leć, leć motylku do ludzi. Przynieś im radość i uśmiech. Wrzuć im do garnka garstkę szczęścia i natkę spokoju. Leć, leć mój malutki.
Wszelkie prawa autorskie są zastrzeżone dla autora bloga. Opublikowane fragmenty powieści pod roboczym tytułem "Gniew Aniołow" są również własnością autora bloga i zostały przez niego napisane, według dat publikacji. Za uszanowanie zasad tej strony dziekuję :)

autor: Izabela Sikorska

sobota, 10 kwietnia 2010

opowiadanie - "Droga", wszystkim którzy odeszli, aby odnaleźli swoją drogę gdziekolwiek istnieje...

Nie mogłam sobie przypomnieć tej zabawy z dzieciństwa. Taka gra psychologiczna. Trzeba było sobie wyobrazić drogę do swojego domu, opisać ją, jaka jest… Czy prosta, wiodąca przez pola, czy kręta w ciemnym lesie… Czy może wiodąca przez ruchliwe i warczące samochodami skrzyżowania… Pamiętacie tę zabawę? Graliście w nią, a może zapamiętaliście drogę, która miała prowadzić do domu?


Ja nie mogę sobie przypomnieć po latach, o co dokładnie chodziło. Kompletnie zapomniałam jak wyglądała moja droga do domu. Ale w głowie pozostał obraz domu, do którego prowadziła.

Okalał go stary mur, porośnięty bluszczem i winną latoroślą. To nie było w mieście, bo do dziś przed oczami widzę, jak za murem stoi las… Nawet słyszę jak szumi po cichutku. Do domu prowadziła brama, kuta i zardzewiała. Kiedy pchnęłam ją do przodu mocno zaskrzypiała, dając mi rdzawe „Dzień dobry”. Spojrzałam na niego. Na dom. Był biały, skromny i w kształcie prostokąta. Wejście prowadziło przez wykusz oparty na dwóch mocnych filarach. Stanęłam w progu i spojrzałam pod nogi. Stałam na kamiennych stopniach, mocno wymuskanych latami przez ludzi, wyżłobionych niczym koryto rzeki. Biało czarna szachownica, lekko pośniedziała powitała mnie w korytarzu. Spojrzałam na prawo. Były tam wielkie drewniane drzwi… Uchylone. Weszłam do środka pokoju. To była chyba sypialnia. Na wprost stała ciemna, wielka szafa a obok stołeczek. Nie wiem dlaczego, ale wzięłam bez namysłu stołek, by wdrapać się na samą górę szafy. Na jej szczycie namacałam małe pudło. Kiedy chciałam je zdjąć, ledwo stojąc na chybotliwym stołku, pudło wyślizgnęło mi się z ręki. Upadło z hukiem na ziemię i wysypało z siebie zdjęcia. Zeszłam na dół i uklęknęłam przed starymi fotografiami. Zamarłam z przerażenia. Na każdej z nich, byłam ja…



Minęło wiele lat. Ćwierć wieku… Nie pamiętam drogi do tego domu, ale pamiętam dokładnie jego obraz.

Pamiętam też, że przez całe swoje dotychczasowe życie, szukałam drogi… do własnego domu. I była to bez wątpienia droga kręta i bolesna, ale nie pozbawiona również pięknych przystanków. Była to droga, której nie chciałam pamiętać. Ale tylko ona miała mnie zaprowadzić do mojego prawdziwego domu…

A więc stanęłam na pierwszym skrzyżowaniu.

Gdzie to było… Przed oczami jawią mi się drzewa, sosny. Pachnie szyszkami. Pod nogami suchy piach zmieszany z igliwiem. Wszystko pachnie sosnową kąpielą w wannie. Stoję i patrzę na drogę. Mam cztery wyjścia: północ, południe, wschód lub zachód. Po chwili namysłu podejmuję decyzję:

Idę prosto na południe. Na polanie słońce dopada moich oczu… Moja droga prowadzi wprost pod jego promienie. Mrużę powieki, żeby dostrzec, którędy wiedzie ścieżka. Na horyzoncie dostrzegam ciemną górę. Gorąco… Tutaj przed górą siadam w palących promieniach. W pobliżu nie ma żadnego drzewa.

Zamykam oczy. Już nie ucieknę przed nimi. Wracają wspomnienia wraz z gorącym policzkiem wymierzonym przez lipcowe słońce.



Poznałam go zaraz po maturze. Szłam chodnikiem, był taki sam upał jak teraz. Nagle zajechał mi drogę samochodem. Wjechał bezczelnie na chodnik swoim błękitnym jeepem. Stanęłam i spojrzałam na niego. Przeraził mnie. Po prostu patrzył… Po chwili wysiadł z auta i spojrzał mi uważnie w oczy…

„Jesteś kobietą, na którą czekałem całe życie.”- Tak do mnie powiedział! Z przerażenia zaczęłam uciekać”.

Nie gonił mnie. Nie odwracałam się, ale wiem, że stał w tym samym miejscu. Uciekłam do domu. Nie będę opisywać dalszego rozwoju wydarzeń. Opowiem zakończenie.

Kochałam go nad życie. Okazało się, że jest z inną kobietą i mają dziecko. Potem okazało się, że były jeszcze dwie inne i z każdą z nich miał dziecko. Nie, nie… To nie był zły, nieodpowiedzialny człowiek. Podziwiam go za to, że z każdym z dzieci miał stały kontakt i łożył na ich utrzymanie. Za co mam żal? Za nie powiedzenie prawdy od razu. Za ukrywanie faktów. Prawda powiedziana za późno bardzo boli. Prawda przemilczana jest jak cios nożem w serce. Odkryta znienacka niszczy wszystko. Miłość spłonęła na stosie braku zaufania.

Pewnego dnia powiesił się, by dać dowód swego wielkiego uczucia, w które nie mogłam uwierzyć po usłyszeniu prawdy….

Sosny zapachniały a szum drzew przerodził się w muzykę. Nasz wspólny dom spłonął w promieniach południowego Słońca. Otworzyłam oczy, choć paraliżował mnie strach przed rzeczywistością. Jego nie było już w niej.

Leżałam twarzą w piachu. Igliwie wypełniało moje usta. Tak bardzo chciało mi się pić. Tak sucho, tak bardzo sucho… Pragnienie wypełniło mój umysł. Szukałam ręką źródła w pobliżu, ale nie mogłam podnieść głowy, by się rozejrzeć. Nie miałam siły. Leżałam, a Słońce paliło moje plecy, kark… Słońce, które kochałam nie pozwalało mi wstać, ale wysuszyło moje łzy. Przestały płynąć w końcu i dzięki Bogu. Bo to było nie do zniesienia. Bardziej, niż to umieranie z pragnienia.

Skrzyżowanie drugie.

Tu drogi się rozwidlały. Jedna biegła w kierunku południowo-zachodnim, druga na północ. Każda z tych dróg wydawała mi się obca. Musiałam jednak jakąś wybrać. Poszłam drogą na północ.

Poznałam pewnego człowieka. Nie kochałam go a jednak zamieszkaliśmy razem. Minął rok, potem uciekały kolejne miesiące, lata. Pewnego dnia zauważyłam, że wychodzę wcześnie rano do pracy i wracam późnym wieczorem. Zauważyłam też, że jedyne zdania jakie wymieniamy dotyczyły kanału telewizyjnego lub nie zmytych naczyń. Nie jedliśmy razem posiłków, nie rozmawialiśmy ze sobą i nie uprawialiśmy seksu. Dwa bezużyteczne meble, których nie usunięto z domu.

Pewnego dnia wróciłam z pracy i oświadczyłam, że jestem w ciąży. Powiedział, że pierwszym samolotem ucieknie na drugi koniec Ziemi.

- To nie jest Twoje dziecko – powiedziałam a on spojrzał na mnie krótko i wyszedł.

Więc zostałam a właściwie zostaliśmy. Ja i mój brzuch. Byłam szczęśliwa pomimo wszystko.

Skrzyżowanie trzecie.

Przestałam wierzyć, że odnajdę swój dom. Znowu stanęłam na drodze. Za rękę trzymałam małą dziewczynkę. Na rozdrożu pomyślałam, że właściwie nie potrzebujemy domu. Same nim jesteśmy.

A jednak droga zmuszała mnie do dalszej podróży. Zaczął wiać zachodni wiatr. Smagał coraz gwałtowniejszymi podmuchami. Loki małej córeczki wirowały niczym maki na polu, przy którym stałyśmy.

- Choć kochanie, musimy iść dalej.

- Dokąd mamusiu?

- Do domu najdroższa. Musimy iść do domu. Choć tak naprawdę nie wiem gdzie to jest i czy on w ogóle istnieje.

Szłyśmy tak razem bardzo długo. Wyczerpane czasem zachodziłyśmy do dobrych ludzi, by na jakiś czas zatrzymać się u nich i odpocząć od trudów podróży. Od dłuższego czasu droga nie rozwidlała się. Powoli traciłam siły… Zapomniałam nawet czym jest nadzieja.

- Mamo, kiedy wrócimy do domu?

- Nie wrócimy do niego, musimy go najpierw znaleźć.

- Mamusiu, moje trzewiczki są za ciasne. Zobacz co mi zrobiły na palcu. Mam rankę i bardzo boli.

- Dziecko, tak mi przykro. Mama nie ma pieniędzy na druga parę. Ale na pewno coś wymyślę, nie martw się.

Rano ruszyłam w dalszą drogę. Wzięłam dziecko na plecy, choć było już bardzo ciężkie. I szłam dalej, ale już coraz wolniej.

„Co mam zrobić dobry Boże, dokąd mnie prowadzisz? Nie mam już siły iść dalej. Nie wiem nawet dokąd idę. Pozwól mi odpocząć, pozwól mi zawrócić. Nie ma żadnego domu. Nie mamy dokąd pójść, taka jest prawda. Nie ma drogi do domu, bo nie ma żadnego domu.”

Łzy zaczęły mi płynąć po policzkach.

- Mamusiu, czy Ty płaczesz?

- Nie kochanie. To od wiatru. Tak silnie dmucha mi w twarz.

Może za tym zakrętem będzie jakaś wieś to zatrzymamy się, by trochę się ogrzać u jakiś miłych ludzi.

- Mamo, czemu my musimy ciągle zatrzymywać się na chwilę. Nie możemy zostać gdzieś na zawsze. Mamo, czy my przed czymś uciekamy?

To pytanie spowodowało, że zamarłam. „Czy my przed czymś uciekamy?”.

Czy ja uciekam? Przed czym? Sobą, przeszłością czy stabilizacją? Czy ja uciekam?

Zobaczyłam przed sobą zakręt w prawo. Jakieś sto metrów przed nami droga gwałtownie skręcała w prawo. Przyspieszyłam kroku. Weszłam w zakręt i tuż za nim zobaczyłam dom. Ten dom. Dom z mojej wyobraźni. Serce biło mi jak oszalałe. Podeszłam do furtki. Kiedy ją pchnęłam zaskrzypiała znajomo. Stanęłam na stopniach. Biało czarne koperty kafli, wymuskane latami dotyku ludzkich stóp.



Zapukałam do drzwi. Sekundy ciszy mijały niczym lata. Zapukałam jeszcze raz, głośniej, gwałtowniej. Cisza.

Po chwili wahania nacisnęłam klamkę. Drzwi były otwarte. Niepewnie weszłam do środka. Pokój po prawej stronie. Był naprawdę. Bałam się przekroczyć jego próg.

- Proszę wejść. Śmiało- Usłyszałam męski głos – Proszę, widziałem, że Pani z dzieckiem, zmęczona.

Pchnęłam, stare, drewniane drzwi ręką. Zobaczyłam szafę a obok niej na fotelu mężczyznę. Siedział i ciepło uśmiechał się do mnie.

- Widziałem przez okno jak Pani wchodzi. Proszę wejść do środka. Proszę się rozgościć. Na dworze mocno wieje, pewnie zmarzłyście. Może gorącej herbaty?

Nie mogłam mówić. Nie mogłam nic powiedzieć. Cała drżałam na ciele. Postawiłam na podłodze dziecko, które niosłam na plecach. Wciąż milczałam.

- Możesz, może Pani nic nie mówić. I pewnie nie uwierzysz mi, że oczekiwałem Waszego nadejścia. Od roku śni mi się, jak kobieta z małą dziewczynką na plecach idzie przez ogród mojego domu. I przed chwilą przez okno zobaczyłem Was.

„To już koniec tej drogi?” – pomyślałam. To droga istniała i istnieje ten dom? To znaczy, że…

środa, 17 marca 2010

Gicz cielęca z ragout z pieczarek


Po przerwie, burzach i huraganach statek znów wypływa na morza i oceany smaku. Dziś odwiedzimy Francję, kolebkę jednej z najwspanialszych kuchni świata. Jest to kuchnia bardzo bogata w składniki, operująca wieloma przyprawami a najbardziej charakterystyczne dla niej jest wszechstronne zasosowanie alkoholu w potrawach, co ostatecznie daje fundametalny smak potrawie. No i oczywiście flagowy produkt, bez którego żaden Franzuz nie stworzy potrawy doskonałej, to masło! Masło ma magiczną moc wydobywania głębi smaku dania. Nadaje mu aksamitności i delikatności. Po prostu BUTTERFLY...
Jeżeli macie kostkę masła w lodówce i barek zaopatrzony w dobre czerowne wino wytrawne, porto, koniak lub cherry, to z całą pewnością możecie rozpocząć eksplorację kuchni francuskiej.
Niech Was nie przerazi długa lista składników. To tylko wygląda strasznie, ale jest proste w przyrządzaniu. Warto zaryzykować.

Składniki potrzebne dziś do dania:
40 g masła
4 kawałki giczy cielęcej- 1 kg ( może być oczywiście inna porcja cielęciny)
2 zmiażdżone ząbki czosnku
1 łyżka świeżego rozmarynu
125 ml porto ( pół szklanki)
1 szklanka rosołu wołowego ( 250 ml)
Składniki do ragout z pieczarek
40 g masła
2 zmiażdżone ząbki czosnku
1 duża pieczarka pokrojona w cienkie plasterki
200 g małych, okragłych pieczarek
200 g grzybów shiitake, cienko pokrojonych
średnia czerwona, ostra papryka ( może być peperoni)
średnia zielona, ostra papryka ( obie obrane z nasion i pokrojone w cieniutkie paseczki)
125 ml rosołu wołowego ( pół szklanki)
2 łyżki porto

Najpierw oczyszczamy mięso z błon. W tym czasie nagrzewamy piekarnik do temperatury 170 stopni C. W żaroodpornym naczyniu rozpuszczamy masło i zrumieniamy z obu stron porcje cielęce. Dodajemy czosnek, rozmaryn, porto i rosół. Przykrywamy naczynie i wstawiamy do piakarnika na około 2 godziny i 15 minut. Co jakiś czas mięso trzeba obracać i podlewać sosem z pieczeni.
W czasie pieczenia przyrządzamy ragout. Na dużej patelni rozpuszczamy masło i podsmażamy czosnek, gryby i papryczki. Kiedy warzywa będą miękkie i rumiane podlewamy je rosołem i porto i dusimy pod przykryciem około 30 minut.
Gotowe mięso podajemy na półmiskach w otoczeniu wpaniałego ragout Jeżeli sos z pieczeni zbyt mało odparował, możemy go zlać do rondla i gotować klkanaście minut aż stanie się gęsty i aksamintny a następnie polać nim mięso. Danie to wspaniale smakuje w towarzystwie ziemniaczanego puree.
A teraz już tylko świece na stół, wyborne czerwone wino i tak można wyrazić swoją miłość bliskim...
Smacznego


piątek, 5 marca 2010

Tucznik rzeźny cz.II

Wiecie jak trafia jedzenie i skąd trafia do sklepu? Jak żyją zwierzęta i jak giną, zanim trafią na nasze stoły? Nasz konsumpcjonizm na masową skalę, mania spędzania czasu w supermarketach na zakupach, kupowanie jedzenia na dotąd niespotykaną skalę stworzyło gigantyczne ośrodki, które muszą nadążyć z dostarczeniem żywności na sklepowe półki. Niszczy się drogocenne lasy i dżungle, by stworzyć nowe tereny pod infrastrukturę przemysłu, buduje coraz większe zakłady przetwórstwa mięsnego, coraz większe fermy dla kurczaków. Coraz więcej i więcej. Oznacza, że trzeba zmniejszyć koszty produkcji przy jej optymalnym zwiększeniu. Co dla zwykłej masarni oznacza zmniejszenie kosztów? Ograniczenie praw zwierząt i ich jakości życia. Dziś życie wspomnianego wieprza wygląda zupełnie inaczej niż 30 lat temu. Rodzi się i umiera w Wielkiej Fabryce Śmierci. Jego życie trwa krótko, raptem kilka miesięcy, rok to już szczęście i los na loterii. Wieprz żyje w olbrzymiej chlewni z setkami, tysiącami innych wieprzy. Od dnia narodzin jest karmiony specjalnymi, modyfikowanymi paszami, które w krótkim czasie mają zamienić wieprza w rzeźnego tucznika. Ten biedny wieprz najczęściej przed śmiercią może ani razu nie nabrać w płuca świeżego powietrza, bo może się zdarzyć, że nigdy nie zostanie wypuszczony ze swojej chlewni- więzienia. Los kurcząt i gęsi jest jeszcze straszniejszy. Oderwane od matek, sztucznie nagrzewane, wykluwają się do obcego świata, gdzie super zautomatyzowane zakłady, poniewierają nimi przerzucając z taśmy na taśmę, do klatek, z klatek na rzeź i tak cykl się powtarza. Gęsiom wmusza się wpychając z podajnika automatycznego na siłę jedzenie wprost do gardła, aby ich wątroba była przerośnięta. Oczywiście nie w każdym zakładzie tak żyją zwierzęta. Niestety masowa produkcja powoduje, że coraz częściej tak torturowane są zwierzęta w imię rachunku ekonomicznego. Nie zapominam oczywiście o tych wspaniałych ludziach, którzy podjęli trud produkcji ekologicznej i chylę przed nimi czoło, bo jest to wielki trud, utrzymać i hodować zwierzęta w systemie unijnego gospodarstwa ekologicznego. Mam jednocześnie nadzieję, że zwiększając swoją świadomość coraz częściej zaczniemy wybierać produkty oznaczone symbolem EKO, który nie tylko oznacza, że kupujemy naprawdę zdrowy produkt dla nas i naszej rodziny, bez ulepszaczy i chemii, ale jest również symbolem godnego życia zwierząt w takim gospodarstwie. To od nas konsumentów zależy jak wiele powstanie gospodarstw ekologicznych, ponieważ, by dać im szansę istnienia, my musimy zmienić swoje przyzwyczajenia. Poczynając od robienia zakupów i ilości kupowania, poprzez zwiększenie świadomości, że taniej nie oznacza dobrze. Produkty pochodzące z gospodarstw Eko są droższe, bo ich produkcja jest droższa. Dam prosty przykład na jajkach, żeby pochodziły z chowu wolno wybiegowego, gospodarstwo musi stworzyć dla nich takie zielone wybiegi, gdzie kurki będą sobie chodziły i skubały tu i ówdzie. Oprócz tego musza mieć dach nad głową i ciepłe przyjazne wyściełane grządki, w których będą znosić swoje jaja. Tym samym jest to droższe, niż trzymanie po kilka kur w klatkach w zamkniętych budynkach przez całe życie. Nie piszę tego po to, by sprawić Wam przykrość, czy wzbudzić wyrzuty sumienia. Nie namawiam do wegetarianizmu, bo sama nie jestem wegetarianką. Proszę tylko, zanim napełnicie koszyk po brzegi jedzeniem w hipermarkecie, abyście się zastanowili, czy naprawdę, aż tyle jesteście w stanie zjeść? Czy też połowa z tych produktów ostatecznie znajdzie się w śmietniku. Wtedy chciałabym, aby ten wyrzut sumienia był, że wyrzucacie nie szynkę a kawałek świni, nie kurczaka a jego zmarnowane życie. Na śmietnik. To nie jest nasza wina, że tak żyjemy. Daliśmy się wciągnąć w pewien system zachowań, nie mamy zapracowani od świtu do nocy czasu na analizę. Wpadamy do sklepu i napełniamy kosze, bo tak chyba odreagowujemy stres. Odcięci coraz bardziej od przyrody, natury, przestaliśmy pięć plastrów szynki zamkniętej w hermetycznych foliach odbierać jako Życie.

Zdjęcie pochodzi ze strony mojafotografia.pl

niedziela, 28 lutego 2010

ŚWINIA Z PRL - cz. 1

Od jakiegoś czasu zbieram się w sobie, żeby siąść wreszcie i napisać to, co już od dawna siedzi w mojej głowie i sercu. Co najważniejsze również w brzuchu.

Obserwuje od lat siebie i swoje otoczenie i sposób zmiany naszego stylu życia, który jak wróg niezauważalnie wkrada się do naszych dusz a co najgorsze domów.

Kiedy przywołuję wspomnienia z dzieciństwa, widzę tłumnie zgromadzoną rodzinę przy wielkim stole. Dorośli jedzą, śmieją się, opowiadają przeróżne historie od wspomnień wojennych, po radosne nowinki, kto co upolował w SAMIE ( tak nazywały się dawniej sklepy spożywcze w komunistycznej Polsce) i dzięki temu zasil stół. Najśmieszniejsze były burtery kartkowe, czyli wymiana kuponów np. z wódki na mięso, z czekolady na cukier, z butów na coś innego. Jakież było szczęście, kiedy udało się na lewo załatwić całą świnię na święta. Wtedy Pan Władzio, niczym Agent z Lepszego Świata transportował potajemnie do miasta całego wieprza po uboju i cała, wspaniała kilkudziesięciokilogramowa masa trafiała do naszej kuchni. Trzeba było ją podzielić na części, z pietyzmem oddzielić tłuszcz od mięsa i od skóry. Nic nie mogło się zmarnować. Wszystko było na wagę złota. Ogon, uszy, skóra, po najcenniejsze kąski, jak schab, czy szynka. Tak sprawiona tusza wieprzowa dawała wyżywienie co najmniej na pół roku dwupokoleniowej rodzinie. Nie wyrzucało się wtedy jedzenia do kosza, ani zgniłych owoców, ani chleba a już tym bardziej mięsa, które było artykułem delikatesowym. Byłam wtedy dzieckiem, ale zawsze uczestniczyłam w tym wielkim święcie przyjęcia pod nasz dach prawdziwej wiejskiej świni. Wiedziałam, że ją zabito i na początku było mi długo smutno, bo już wiedziałam wtedy co to znaczy zabić, czy umrzeć. Więc rozumiałam, że świni odebrano życie. Kiedyś podczas pracy w kuchni babcia zaczęła mi tłumaczyć, że tak jest już od tysięcy lat poukładany nasz świat, że jedne zwierzęta oddają swoje życie, by inne mogły żyć. Tak samo człowiek. Więc i ten wiejski wieprz, który żył sobie na wsi, pewnego dnia złożył swoje życie w ofierze dla innych istnień, by one dalej trwały. „Musimy jeść” mówiła babcia. „Jeżeli potraktujemy ją z szacunkiem, czyli zjemy ją w całości i nic się nie zmarnuje, to będzie oznaczało, że to zwierzę nie zginęło nadaremnie. To oznaczało z szacunkiem, jak również to, że świnia wiodła przed śmiercią radosne życie w chlewie wraz z resztą gawiedzi swej, mogła wolno biegać przed chlewnią i wdychać świeże powietrze i jadła to, co ludzie, czyli resztki z ich stołu. To była symbioza człowieka i świni taka sama jak Lwicy i antylopy. Wolno biegająca przez afrykańskie stepy antylopa jest szczęśliwa przez sam fakt swojej wolności i obcowania z własnym stadem. Nie wie, że jutro upoluje ją lwica, która jeśli nie zabije jej, zabije śmiercią głodową swoje własne dzieci. I tak ten łańcuch pokarmowy w ekosystemie trwał. Była symbioza i równowaga w przyrodzie, bo jak pamiętacie z biologii, gatunki zjadają jeden drugiego, dzięki temu zachowana zostaje równowaga ekosystemu, która daje równe szanse na istnienie osobnikom wielu gatunków. Jeśli jeden z nich, gatunków danego ekosystemu zwiększy gwałtownie swoją liczebność, wpłynie to na zaburzenie liczebności a nawet istnienia w ogóle- innego gatunku. Chodzi o selekcję naturalna i tak dalej i tak dalej. Nie chce was zanudzać. Chce tylko powiedzieć, że we współczesnym świecie z całą pewnością ta równowaga jest zaburzona, dlatego właśnie istnieje od dawna coś takiego jak Czarna Księga Zagrożonych Gatunków. I nikt inny jak my ludzie niszczymy ekosystemy przyrody. Niszczymy je, bo żyjemy w świecie masowej konsumpcji, wszystko jest konsumpcyjne, nawet sam człowiek, nasze ciała i myśli też są do skonsumowania. Sprzedaje się je w reklamach, prasie, telewizji.

W ten sposób zniewoleni, małe trybiki w wielkiej światowej machinie zagłady. Dlaczego zagłady?

Zdjęcie pochodzi ze strony Dziennik.pl

środa, 24 lutego 2010

Caprese - słynne włoskie pomidory

To na prawdę wspaniała, bardzo prosta i pyszna włoska przystawka. Uwielbiam Caprese, szczególnie ze słodkich, letnich pomidorów.

Potrzebujemy:
- czterech pomidorów średniej wielkości ( nie oszczędzajcie na nich, mają być piękne i dojrzałe)
- mozarella ( najlepiej di bufala campana, trudna niestety do kupienia w Polsce, ale najlepsza w smaku jaką jadłam). Jeśli nie ma bufali, kupcie mozarellę w zalewie, na pewno nie tą twardą!
- 2,3 gałązki świeżej bazylii
- zielone, lub czerwone pesto ( polecam zielone z Genui- do kupienia w hipermarkiecie)
 - sos balsamico, czyli gotowy zagęszczony ocet balsamiczny lub po prostu balsamico w płynie
- oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia najpiej extra virgin

Pomidory kroimy w talarki ale odwrotnie niż tradycyjnie w Polsce, czyli wzdłuż gniazda nasiennego a nie w poprzeg. Pomidory smarujemy pędzelkiem pesto, kładziemy na każdy plasterek pokrojoną mozarellę . Wszystko skrapiamy oliwą a krem balsamiczny rozprowadzamy tak, jakbyśmy rzucali farbę na płótno obrazu. Czyli szybkim ruchem góra, dół, góra dół. W ten sposób powstanie bardzo ładnie przystrojone danie. NIe solimy! Dopiero tuż przed podaniem, inaczej pomidory puszczą sok i zrobi się maniana :-). Więc chwilę przed postawieniem na stole solimy, pieprzymy i kładziemy listki bazylii na wierzchu. Pyszne,smaczne, kocham caprese!!! Polecam gorąco

poniedziałek, 15 lutego 2010

Niezrozumienie- znowu chwila na poezję do talerza

"niezrozumienie"

Krok po kroku


Stopa za stopą

Ślad za śladem

Słowo za słowem

Milczenie za milczeniem





Cisza





Szum dębów

Granica naszej złości

Goryczy drwiącej

w liściach smutku

wyżłobionym w słojach

Bolejących żywicą



Kiedy nie mogę



płaczę



Gęste łzy płyną korą

Zapachem wabią



Szyszki



Wiatrem w polu

Szumią trawy

Drzewa pochylone



Smutek co odszedł

Milczenia śladem

Ciszą szumu do kroku

I tak chodzi miedzą



Co roku