A tak w ogóle to ten dzień był dość dziwny. Po pierwsze naprawdę nic nie ugotowałam i to już jest dziwne. Czasem gotuję bo muszę a nie tylko, bo chcę :-). Zaczął się wcześnie rano, kiedy płacz dziecka wyrwał mnie z ciemnego świtu. Zawsze wstaję i mówię do synka: "Dzień dobry, oto nowy dzień!" Na co On reagując spontanicznie rozkłada rączki na boki jakby go właśnie witał. Woła: "Taa". Czyli "Tak", dając aprobatę tm samym Nowemu Dniu. Potem pyta? Tata? A ja zawsze odpowiadam: Tata pojechał do pracy. Wróci na obiad. I co dziwne, on wtedy perliście się śmieje, bo własnie odbył poranną ceremonię początku dnia. Czyli wszystko w normie, jest bezpiecznie. Po stałym punkcie naszego programu podeszłam do okna. I co zobaczyłam? I było wyzywać Królową Śniegu? Od razu mi to przyszło na myśl - zemsta! TYlko, że przez to inni również ucierpieli. Więc zimna Pani zasypała zupełnie mój samochód, wszystkiego dopełnił pług, który odśnieżając zrzucił jeszcze na moje auto jakieś sześć taczek śniegu. Ale nic to. Za łopatę i macham. I macham i macham i macham, aż zaczynam widzieć ląd. Ok. Czyli jednak wyjadę.
Już jadę, szczęśliwa, że w ogóle jadę. Wjeżdżam za zakręt i już korek. Jeśli do pracy mam 40 km to znaczy, że... O rany! To znaczy, że mam 40 km korka przed sobą! ALe jadę spokojnie, słucham wiadomości, które mówią tak: "We Wrocławiu Armagedon, komunikacja miejska nie działą, tramwaje soją w zaspach, albo wykolejone." W tym momencie dzwonie moja koleżanka, którą codziennie zabieram z centrum miast do pracy i mói mi, że od 40 minut stoi na przystanku i nic!!! Aja na to: nic nie przyjedzie, bo nic nie jeździ. Idź w kierunku centrum, nie czekaj! Ona brnie przez zaspy, ja tymczasem stoje bez ruchu w korku. W końcu tak zgłodniałam, po jakiejś godzinie i 30 minutach, że psotanowiłam wyjąć jajko, które sobie ugotowałam dzień wcześniej. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Miałam nawet mały garnuszek. Więc usadowiłam go między noami i w najlepsze zaczęłąm obierać ze skorupki jajko. Kawałek skorupki i jeden metr do przodu. I znów kawałek skorupki i nic do przodu. Weszcie zaczynam gryźć jajo i nagle czuję, że koś na mnie patrzy. Rozglądam sie w lewo... NIc.. Rozglądam się w prawo a tu olbrzymia kabina Tira. Patrzę niesmiało w górę iwidzę twarz roześmianego człowieka, który prawdopodobnie oberwuje mnie od duższej chwilli, jak obiera sobie jajo w korku z garnkiem między nogami i jak je zaczynam pożerać. Najpierw się speszyłam, ale po chwili tak się zaczęłam śmiać, wzruszyłam bezradnie ramionami na znak: "A co można robić w korku, jak nie obierać jaj i jeść śniadania?" patrząć na wirujące płatki śniego. Pan miał ubaw po pachy, pomachała mi i nie odjechał, bo nie miał gdzie. Tak jak ja:-). I tak 2 godz. 40 minut co rówało się wynikiem trzy jaja, trzy paperosy, 8 rozmów telefonicznych i mnóstwo przemyśleń!
Butterfly i prośba do czytelników
To kulinarna podróż przez smaki świata, w poszukiwaniu smaku doskonałego. Każdego dnia będę coś gotować dla siebie i dla Was. Może wspólnie odnajdziemy harmonię zmysłów. Zupy,sery,mięsa,wędliny,owoce,morza,sałatki,chleb,makarony,pizza,desery. Mniam! Afrodyta powstała z morskiej piany... Butterfly z mojej wanny pełnej jabłek. Leć, leć motylku do ludzi. Przynieś im radość i uśmiech. Wrzuć im do garnka garstkę szczęścia i natkę spokoju. Leć, leć mój malutki.
Wszelkie prawa autorskie są zastrzeżone dla autora bloga. Opublikowane fragmenty powieści pod roboczym tytułem "Gniew Aniołow" są również własnością autora bloga i zostały przez niego napisane, według dat publikacji. Za uszanowanie zasad tej strony dziekuję :)
autor: Izabela Sikorska
autor: Izabela Sikorska
czwartek, 28 stycznia 2010
W moim magicznym... cz. II
Etykiety:
opowiadanie
Zaczęłam się przechadzać po jego wnętrzu, pomimo poszarpanej duszy, zniszczonego serca, było w nim coś bardzo ujmującego. Przeszłam wszystkie pomieszczenia, gładziłam dłonią wytartą poręcz starych schodów. W pewnym sensie dotykałam czyjegoś życia, które przeminęło... Odeszło wraz z pierwszym śniegiem. Usiadłam na stopniach Żebraka, zamknęłam oczy i zobaczyłam jego Przeszłość. W oknach powiewały firanki, ściany były pastelowe, po korytarzu biegały dzieci. Wszystko tętniło życiem, gwarem, radością. Jego radością. W niczym nie przypominało to Żebraka, którym teraz był.
Otworzyłam oczy. Dopiero teraz dostrzegłam, że obok mnie stoi laska oparta o schody. Była bardzo stara, jej rękojeść wyżłobiła czyjaś dłoń. Ktoś ją tutaj zostawił na zawsze.
- Przywrócę Ci blask i radość życia. Znów poczujesz się potrzebny i kochany. - wiem jak bardzo cierpiał po stracie swojej rodziny. Chciałam mu to wszystko wynagrodzić. Ale najpierw musiałam urodzić, żeby wziąć się do tak trudnej pracy. Przekręciłam w zamku klucz wielkości swojej dłoni.
Przed oczami miałam wizję jego nowej duszy i do dziś nie wiem, czy to było moje, czy Jego.
Otworzyłam oczy. Dopiero teraz dostrzegłam, że obok mnie stoi laska oparta o schody. Była bardzo stara, jej rękojeść wyżłobiła czyjaś dłoń. Ktoś ją tutaj zostawił na zawsze.
- Przywrócę Ci blask i radość życia. Znów poczujesz się potrzebny i kochany. - wiem jak bardzo cierpiał po stracie swojej rodziny. Chciałam mu to wszystko wynagrodzić. Ale najpierw musiałam urodzić, żeby wziąć się do tak trudnej pracy. Przekręciłam w zamku klucz wielkości swojej dłoni.
Przed oczami miałam wizję jego nowej duszy i do dziś nie wiem, czy to było moje, czy Jego.
środa, 27 stycznia 2010
W moim magicznym ... cz. I
Etykiety:
opowiadanie
Nasze pierwsze spotkanie było zupełnie przypadkowe. On nie był w planach, zupełnie się przydarzył... Pojawił się z nikąd, tak samo jak był Nikim. Zobaczyłam go na zdjęciu, wyglądał okropnie. Od razu go zlekceważyłam. Był brudny, zaniebany i ewidentnie biedny. Zlekceważyłam go, bo czy takich społecznie się nie lekceważy? Czy nie spycha na margines, pomimo, że On już dawno tkwi poza nim?
Jednak On miał w sobie jakąś siłę, która miała mnie przyciągnąć. Jej emanacja zmusiła mnie do spotkania. Propozycja wyszła od niego. Nie byłam zachwycona, kiedy jechałam. Wysiadłam z samochodu. On już czekał. Stał w starej, poszarpanej marynarce. Patrzył mi prosto w oczy. Kiedy podeszłam bliżej, jeszcze bardziej odczułam jego smutek, osamotnienie i potworną biedę. Miał lodowate dłonie, ale kiedy zobaczyłam, że stoi boso na śniegu, moje serce zamarło a maskę na twarzy złamał grymas wspólczucia.
- NIe chcę litości. Ona nie karmi, tylko zabija. Chce byś zostala. Jestem już stary i bezradny. Świat mnie zapomniał, bo dla nich jestem nikim. Zwykłym żebrakiem. A ja nikogo nie proszę o pieniądze, ja tylko proszę, by ktoś miał odwagę ze mną być.
Weszłam do środka... Wewnątrz było ciemno i bardzo zimno. Powietrze , które wydychałam zamieniało się w biały obłok, wędrujący pod ponury, oberwany sufit.
"Dobrze"- pomyślałam. Zrobię to.
Mój brzuch wskazywał, że lada moment życie wyjdzie na świat. Wiedziałam, że muszę załatwić najpierw tę sprawę i dopiero pocznę nowe życie. To był dzień Św. Mikołaja. Pomimo, że On był tylko żebrakiem trzeba było Notariusza, Banku i całego ceremoniału Konsumpcyjnego Świata, by nabyć jego akt własności. Akt posiadania Żebraka. Najdziwniejsze byo to, że Bank ustanowił na nim zastaw hipoteczny. Hipoteka na przybłędzie. Na nim, czyli Nikim.
Ciąg dlaszy nastąpi...
Jednak On miał w sobie jakąś siłę, która miała mnie przyciągnąć. Jej emanacja zmusiła mnie do spotkania. Propozycja wyszła od niego. Nie byłam zachwycona, kiedy jechałam. Wysiadłam z samochodu. On już czekał. Stał w starej, poszarpanej marynarce. Patrzył mi prosto w oczy. Kiedy podeszłam bliżej, jeszcze bardziej odczułam jego smutek, osamotnienie i potworną biedę. Miał lodowate dłonie, ale kiedy zobaczyłam, że stoi boso na śniegu, moje serce zamarło a maskę na twarzy złamał grymas wspólczucia.
- NIe chcę litości. Ona nie karmi, tylko zabija. Chce byś zostala. Jestem już stary i bezradny. Świat mnie zapomniał, bo dla nich jestem nikim. Zwykłym żebrakiem. A ja nikogo nie proszę o pieniądze, ja tylko proszę, by ktoś miał odwagę ze mną być.
Weszłam do środka... Wewnątrz było ciemno i bardzo zimno. Powietrze , które wydychałam zamieniało się w biały obłok, wędrujący pod ponury, oberwany sufit.
"Dobrze"- pomyślałam. Zrobię to.
Mój brzuch wskazywał, że lada moment życie wyjdzie na świat. Wiedziałam, że muszę załatwić najpierw tę sprawę i dopiero pocznę nowe życie. To był dzień Św. Mikołaja. Pomimo, że On był tylko żebrakiem trzeba było Notariusza, Banku i całego ceremoniału Konsumpcyjnego Świata, by nabyć jego akt własności. Akt posiadania Żebraka. Najdziwniejsze byo to, że Bank ustanowił na nim zastaw hipoteczny. Hipoteka na przybłędzie. Na nim, czyli Nikim.
Ciąg dlaszy nastąpi...
wtorek, 26 stycznia 2010
Zupa rybna "Mróz"
Etykiety:
zupa rybna
Więc... Prąd był a raczej nadal jest, ale rura w kuchni zamarzła. Nie ma więc wody w kranie i nie działa zmywarka. Kiedy wpadłam wczoraj wieczorem przemarznięta do domu, mój ślubny zaczął mnie gnębić: Zrób zupę rybną, zrób... No zrób...
- Ale ja nie mam składników. W lodówce światło odbija się od szklanych tafli półek.
- Ja tam wiem, że może lodówka pusta, ale Ty zawsze masz jakieś zaczarowane arykuły w zamrażarce- nie poddawał się mój luby.
- W zamrażarce? A co ja mogę tam mieć? Zamrażarka to jest na zewnątrz domu.
- No prosze Cię, zrób zupę rybną- to już brzmiało prawie jak miauuuuu.
- Dobra, sprawdzę te zamrażarkę, chociaż dopiero co weszłam do domu! Ale ok. I tak nic nie będzie na zupę rybną. No i będzie po kłopocie.
Otwieram więc zamrażarkę i czuję oddech i śledzące oczy za plecami.
Mówię więc pod nosem niby do siebie, wykładając kolejno rzeczy z gęby Królowej Śniegu.
- O, mówiłam, nie ma. Tu jest schab, tu udka, brokuły, frytki, golonka... O! ryba???
- O ryba!!! - wtórował ślubny.
- Cholera! Ryba. Co ona tutaj robi? Przecież jeśli to ryba... To musi być dorsz... A przecież jesli to dorsz, to go zjedliśmy miesiąc temu... Więc co on tutaj robi?
- Widocznie go nie zjedliśmy. A poza tym tutaj są jeszcze krewetki...- wręczył mi woreczekj z krewetką królewską sztuk 10.
No to wpadłam, jak kretewka do zupy. Stałam tak dłuższą chwilę wpratrując się w dorsza i krewetki, które tym razem były mi raczej wrogiem niz przyjacielem. Mogą sobie ręce podać z moją asertywnością. Mam na mysli oczywiścię tę napuszoną parę z oceanu, choc Pan dorsz ma duże szanse na pochodzenie z Baltyku. No i co ja mam z tym zrobić? Zajrzałam do lodówki a w szyfladzie "warzywnej" tylko por. Bida, Panie, jak diabli. Siadłam wiec sobie na krzesełku i myślę. Por, dorsz, krewetka... Hmmm. O jest cebula na parapecie. Dobra, więc por, dorsz, krewetka, cebula. Wina białego brak. zaczęłam grzebać w przyprawach. jest szafran, resztka curry. Może by jeszcze pieprze cayenne... Masło... No dobra, zrobimy miks i zobaczymy co wyjdzie.
Składniki:
- kawałek dorsza ( może byc każda inna morska ryba) chociaż 1 kg
- 10 krewetek ( mogą być też mule, kalmary, no wsio co z morza) ale nie muszą, może być tylko ryba
- 2-3 por, biała część
- jedna duża cebula
- dwie łyżki masła
- łyżka oliwy z oliwek
- śmietana do zabielenia zupy
- czubata łyżeczka curry
- szczypta szafranu
- 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne ( będzie średnio ostre, kto nie lubi, niech da czarny pieprz)
- szklanka białego, wytrawnego wina (ok. 300 ml) lub 1/3 szklanki whiskey
Rybę porcjuję i zalewam wodą w garnku. Solę i gotuję około 40 minut do godziny, aby powstał wywar rybny. Po upływie 45 minut, biorę drugi garnek lub głęboką patęlnie, rozgrzewam połączone tłuszcze i wrzucam pokrojony w talarki por i cebulkę, może być posiekana w dużą kostkę. Blanszuję. Dodaję przyprawy i podsmażam je krótko ( uwaga, szybko mogą się spalić) intesywnie mieszając. I tu jest moment, aby dodać szklankę białego, wytrawnego wina, którego nie miałam. Wlałam więc 1/3 szklanki whiskey, odparowałam trochę i dopiero dodałam wywar rybny oraz krewetki. Rybę przecedziłam i dokładnie usunęłam ości. Kawałki ryby dodałam do zupy. Gotowałam na wolnym ogniu jeszcze 20 minut. Dosoliłam do smaku. Zupę wystudziłam trochę, bo dopiero po kilkunastu minutach aromat w daniu dojrzewa.
Zupa doskonale smakuje podana tylko ze śmietaną, ale jesli macie ser gruyere, to wspaniale. Posypana nim zyskuje na smaku. No i taka to moja wymyślona z potrzeby chwili zupa "Mróz" rybna. I powiem Wam nieskromnie: wyszła pyszna! Ale to może być zasługa Królowej Śniegu :-), z którą od kilku tygodni mam na pieńku.
aaa! I jeszcze nowe haiku Krzysia J. Bo jest sosowne do tego posta:
napisał nowe haiku wracając dziś o 5 w nocy do domu: Mróz, duży mróż, brrrr... (onomatopeja) ciemno i zimno, zimno i ciemno, piździ jak w kieleckiem, zły mróz, niedobry mróz, zamarzam .
- Ale ja nie mam składników. W lodówce światło odbija się od szklanych tafli półek.
- Ja tam wiem, że może lodówka pusta, ale Ty zawsze masz jakieś zaczarowane arykuły w zamrażarce- nie poddawał się mój luby.
- W zamrażarce? A co ja mogę tam mieć? Zamrażarka to jest na zewnątrz domu.
- No prosze Cię, zrób zupę rybną- to już brzmiało prawie jak miauuuuu.
- Dobra, sprawdzę te zamrażarkę, chociaż dopiero co weszłam do domu! Ale ok. I tak nic nie będzie na zupę rybną. No i będzie po kłopocie.
Otwieram więc zamrażarkę i czuję oddech i śledzące oczy za plecami.
Mówię więc pod nosem niby do siebie, wykładając kolejno rzeczy z gęby Królowej Śniegu.
- O, mówiłam, nie ma. Tu jest schab, tu udka, brokuły, frytki, golonka... O! ryba???
- O ryba!!! - wtórował ślubny.
- Cholera! Ryba. Co ona tutaj robi? Przecież jeśli to ryba... To musi być dorsz... A przecież jesli to dorsz, to go zjedliśmy miesiąc temu... Więc co on tutaj robi?
- Widocznie go nie zjedliśmy. A poza tym tutaj są jeszcze krewetki...- wręczył mi woreczekj z krewetką królewską sztuk 10.
No to wpadłam, jak kretewka do zupy. Stałam tak dłuższą chwilę wpratrując się w dorsza i krewetki, które tym razem były mi raczej wrogiem niz przyjacielem. Mogą sobie ręce podać z moją asertywnością. Mam na mysli oczywiścię tę napuszoną parę z oceanu, choc Pan dorsz ma duże szanse na pochodzenie z Baltyku. No i co ja mam z tym zrobić? Zajrzałam do lodówki a w szyfladzie "warzywnej" tylko por. Bida, Panie, jak diabli. Siadłam wiec sobie na krzesełku i myślę. Por, dorsz, krewetka... Hmmm. O jest cebula na parapecie. Dobra, więc por, dorsz, krewetka, cebula. Wina białego brak. zaczęłam grzebać w przyprawach. jest szafran, resztka curry. Może by jeszcze pieprze cayenne... Masło... No dobra, zrobimy miks i zobaczymy co wyjdzie.
Składniki:
- kawałek dorsza ( może byc każda inna morska ryba) chociaż 1 kg
- 10 krewetek ( mogą być też mule, kalmary, no wsio co z morza) ale nie muszą, może być tylko ryba
- 2-3 por, biała część
- jedna duża cebula
- dwie łyżki masła
- łyżka oliwy z oliwek
- śmietana do zabielenia zupy
- czubata łyżeczka curry
- szczypta szafranu
- 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne ( będzie średnio ostre, kto nie lubi, niech da czarny pieprz)
- szklanka białego, wytrawnego wina (ok. 300 ml) lub 1/3 szklanki whiskey
Rybę porcjuję i zalewam wodą w garnku. Solę i gotuję około 40 minut do godziny, aby powstał wywar rybny. Po upływie 45 minut, biorę drugi garnek lub głęboką patęlnie, rozgrzewam połączone tłuszcze i wrzucam pokrojony w talarki por i cebulkę, może być posiekana w dużą kostkę. Blanszuję. Dodaję przyprawy i podsmażam je krótko ( uwaga, szybko mogą się spalić) intesywnie mieszając. I tu jest moment, aby dodać szklankę białego, wytrawnego wina, którego nie miałam. Wlałam więc 1/3 szklanki whiskey, odparowałam trochę i dopiero dodałam wywar rybny oraz krewetki. Rybę przecedziłam i dokładnie usunęłam ości. Kawałki ryby dodałam do zupy. Gotowałam na wolnym ogniu jeszcze 20 minut. Dosoliłam do smaku. Zupę wystudziłam trochę, bo dopiero po kilkunastu minutach aromat w daniu dojrzewa.
Zupa doskonale smakuje podana tylko ze śmietaną, ale jesli macie ser gruyere, to wspaniale. Posypana nim zyskuje na smaku. No i taka to moja wymyślona z potrzeby chwili zupa "Mróz" rybna. I powiem Wam nieskromnie: wyszła pyszna! Ale to może być zasługa Królowej Śniegu :-), z którą od kilku tygodni mam na pieńku.
aaa! I jeszcze nowe haiku Krzysia J. Bo jest sosowne do tego posta:
napisał nowe haiku wracając dziś o 5 w nocy do domu: Mróz, duży mróż, brrrr... (onomatopeja) ciemno i zimno, zimno i ciemno, piździ jak w kieleckiem, zły mróz, niedobry mróz, zamarzam .
czwartek, 21 stycznia 2010
Haiku Krzysia
Etykiety:
haiku i alleluja
Nie ma czasu na nic a, że zawsze musi być jakiś winowajca, to wszystkie winy zrzucam na śnieg! Tak, na ten biały, niewinny produkt uboczny z chmur. I idąc w ślad za moim kolegą Krzysiem J. powtarzam haiku:
śnieg, zimno, tu zaspa, tam zaspa i zaraz gleba, zły śnieg, niedobry śnieg, zimno, śnieg, niedobry śnieg
Prognoza na najbliższy weekend dla Wrocławia: z piątku na sobotę temperatura -18 stopni a z soboty na niedzielę -28! Ciekawe, które rury zamarzną mi tym razem i jak długo nie będzie prądu? :-) A może będzie? Jakby co, to góra drewna przy kominku czeka i wino domowe na grzeńca też! Alleluja!
śnieg, zimno, tu zaspa, tam zaspa i zaraz gleba, zły śnieg, niedobry śnieg, zimno, śnieg, niedobry śnieg
Prognoza na najbliższy weekend dla Wrocławia: z piątku na sobotę temperatura -18 stopni a z soboty na niedzielę -28! Ciekawe, które rury zamarzną mi tym razem i jak długo nie będzie prądu? :-) A może będzie? Jakby co, to góra drewna przy kominku czeka i wino domowe na grzeńca też! Alleluja!
niedziela, 17 stycznia 2010
środa, 13 stycznia 2010
Szybki łosoś
Etykiety:
Łosoś smażony
Ostatnio zupełnie mam czasu na nic, co widac po częstotliwości tego bloga, za co z góry przepraszam. Bo wciąż czeka w kolejce karp po żydowsku i chleb. Mam trudny czas i jakos musze się wykaraskać ze zgromadzonych obowiązków. Tymczasem właśnie z braku czasu powstał ostatnio "Łosoś na szybko" i był bardzo smaczny. Potrzebny nam do tego Sos Worcestershire, to sos kulinarny o korzennym smaku produkowany przez firmę "Lea & Perrins" w angielskim mieście Worcester. Można tez kupić całkiem smaczną jego podróbkę. I jeszcze przyda sie kilka kropelek octu balsamicznego oraz oliwa z oliwek lub olej arachidowy.
Na jedno dzwonko łososia (proporcje marynaty)
trzy łyżki sosu worcester
2 łyżki balsamico
łyżka oliwy
szczypta soli
Zalewamy rybę marynatą i odstawiamy najlepiej na noc a jesli nie to chociaz na 30 mint.
Smażymy na oliwie aż będzie rumiany. Balsamico sprawi, że zacznie ciemnieć, więc się nie przejmujcie, to normalne, bo ten ocet karmelizuje. Mozna do smaku posypac pieprzem i gotowe. Oczywiście łosoś lubi byc podany z sałatką według uznania.
Na jedno dzwonko łososia (proporcje marynaty)
trzy łyżki sosu worcester
2 łyżki balsamico
łyżka oliwy
szczypta soli
Zalewamy rybę marynatą i odstawiamy najlepiej na noc a jesli nie to chociaz na 30 mint.
Smażymy na oliwie aż będzie rumiany. Balsamico sprawi, że zacznie ciemnieć, więc się nie przejmujcie, to normalne, bo ten ocet karmelizuje. Mozna do smaku posypac pieprzem i gotowe. Oczywiście łosoś lubi byc podany z sałatką według uznania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)